W końcu postanowiłem zobaczyć jak to jest i co ludzie w tym widzą. To, że Maraton MTB będzie się różnić od Maratonów na Orientację to wiedziałem, ale nie zdawałem sobie sprawy, że aż tak.
Memoriał Bercika, impreza robiona z potrzeby serca, darmowa, pełna nawiązań do zmarłego tragicznie bohatera zawodów. Nie będę skupiał na samej organizacji, bo została przeprowadzona perfekcyjnie, a mnogość sponsorów zaowocowała wielością nagród oraz pełnym bufetem darmowych kalorii po zawodach! Gratulację, bo sam wiem ile kosztuje zorganizowanie czegoś takiego.
Na starcie dystansu SPORT (miało być 51 km, w trzech pętlach po 17km) stanęło ok. 100 zawodników. Trochę za późno się zorientowałem, że niektórzy się zaczęli ustawiać już na starcie i zająłem pozycję w środku stawki. Jak się później okazało taka pozycja właściwie dyskwalifikuje z walki o dobre miejsca. Organizatorzy zapowiadali, że początek miał być czymś w rodzaju rundy honorowej stąd spodziewałem się, że uda mi się zyskać kilka pozycji. Okazało się inaczej.
Start i od razu z grubej rury, łańcuch na blat i 40-42 kmph. Ostro, ale udaje mi się zyskać kilka pozycji zanim nastąpi zjazd w teren. W oddali widzę, że pierwsi już zjeżdżają, w tym momencie miałem już 10-15 sekund straty. Pierwsza runda to dla mnie duże zaskoczenie, nazwałbym to szaleństwem. Jazda cały czas na najwyższych obrotach, nie ma kiedy sięgnąć po bidon, bo od razy ktoś Ci odjeżdża. Z racji swojej dalszej pozycji pierwsze kółko upłynęło pod znakiem wyprzedzania. Może dla niektórych jest to motywujące, mnie trochę deprymuje jak muszę wyprzedzić kogoś wolniejszego i jeszcze nie ma miejsca (50% trasy to single tracki bez szans na minięcie przeciwnika). Najwięcej zyskuję na podjazdach, często zapiaszczonych, opony sprawują się doskonale, były sytuacje gdzie mijałem za jednym razem 5 przeciwników. W połowie okrążenia wychodzi, że się nie do końca przygotowałem - siodełko od wstrząsów mi się obniżało. Dało się jechać, ale szczególnie na podjazdach traciłem parę w nogach. Na szczęście na całej trasie były dwa miejsca, które wymagały zejścia z roweru. Czekałem tylko na nie, aby podnieść wtedy siedzisko. Ogólnie patrząc to trasa była bardzo techniczna, poza kilkoma prostymi, wciąż szybkie zakręty nierzadko w piachu, naprawdę ostre zjazdy, i wąskie ścieżki pomiędzy drzewami i wystającymi pieńkami.
Na końcu pierwszego kółka nie widzę nikogo przed sobą. Akurat koniec i początek okrążenia jest po asfalcie, więc mogę przycisnąć. Sprawę utrudnia nieszczęsne siodełko, więc więcej niż 34 km/h nie daję rady. Tuż za bramką kończącą okrążenie stoją ludzie z butelkami z wodą. Fajne uczucie tak komuś wyrwać butelkę przy pełnej prędkości, wypić do połowy i rzucić w krzaki - będą mieli dużo sprzątania po zawodach. Woda i powerade były też w niektórych miejscach trasy. Szkoda, że niektórzy wyrzucają butelki na trasę a nie daleko w krzaki. Tuż przed zjazdem na szuter udaje mi się jeszcze kogoś wyprzedzić i znów jestem sam. Za chwile bufet. Są batony energetyczne, dla mnie pomysł zupełnie nietrafiony, przy takiej jeździe na pełnych obrotach i suchym gardle przełknięcie takiego jedzenia jest naprawdę trudne. W rezultacie podjęty na początku drugiego kółka baton zjadłem tylko do połowy robiąc gryza w sprzyjających momentach całego wyścigu.
W połowie drugiego kółka doganiam zawodników, okazuje się, że są to uczestnicy trasy krótkiej (1 okrążenie), która wystartowała 10 minut po nas. Znowu trzeba było wyprzedać. Krzyczałem, "lewa wolna" lub "prawa wolna", kiedy chciałem kogoś minąć. Nie wiem czy tak się robi, bo nikt tak nie krzyczał, najważniejsze, że działało, chociaż i tak traciłem prędkość oraz wybijało mi to z rytmu. W końcu udaje mi się dojść kilku gości z mojej trasy, ale tych mam szanse minąć tylko na podjazdach.
Na trzecim kółku czułem się już trochę znużony - znowu to samo. Na samym początku okrążenia minąłem znowu dwie osoby. W końcu dopadłem zawodnika w zielonym i trzymałem się za nim już do końca, jechał właściwie moim tempem i nie miałem jak go wyprzedzić. Jakieś 2 kilometry przed metą doganiamy grupkę 4 osób, więc wszystko miało się rozstrzygnąć na ostatniej prostej. Na nieszczęście moje siodełko było już naprawdę nisko. Więcej niż 32 km/h nie daję rady, wystarczy to tylko na to, żeby się utrzymać za grupką. Gdyby nie siodło, wydaje mi się, że zyskałbym przynajmniej ze dwie pozycje :(
Na mecie licznik wskazuje 48,5 km (co to jest przy maratonach 100-200 kilometrowych), zaskoczony jestem, że to już koniec bo zmęczenia dużego nie mam, jedynie czuję, że jestem trochę głodny - przez to tempo nie było kiedy jeść. Posilam się na szybko i idę na makaron. Wychodzi, że jestem 25. ze sporą stratą do zwycięzcy. Widzę jak wygląda integracja powyścigowa - trochę inaczej niż u orientalistów. Tutaj raczej każdy oddzielnie, a rozmowy dotyczą głównie nowości sprzętowych :D
Po dekoracji i losowaniu nagród, na którym znowu wyszło, że nie mam szczęścia (a wylosowano przynajmniej 2/3 zawodników) postanowiłem pojechać na Mazovię 24h, żeby zobaczyć jak idzie chłopakom po drodze zaliczając kilka waypointów.
Dystans maratonu: 48,5 km
Czas: 2:23:54 (+24 minuty do zwycięzcy)
Średnia: 20,1 km/h
Track: http://www.everytrail.com/view_trip.php?trip_id=262486
Straty: dwie szprychy i dwa koła do centrowania
Aktualizacja: Na stronie zawodów pojawiła się moja relacja, są też galerie.
Z całej masy zdjęć znalazłem siebie na jednym, tzn. jest jedno zdjęcie na którym jestem widoczny od przodu :)
Zdjęcie ze mną (ze względu na zastrzeżenie autora nie mogę pokazać samego zdjęcia, a jedynie link do niego).
Spojrzenie na imprezy sportowe z perspektywy zawodnika. Głównie maratony rowerowe na orientację, ale nie tylko...
niedziela, 5 lipca 2009
czwartek, 2 lipca 2009
Bike Orient 2009 - relacja
To miał być mój dzień. Rower po serwisie, ja po regeneracji z kilkudniowym odpoczynkiem od dłuższych dystansów. Miejsce w pierwszej dziesiątce pewne, a może i szanse, aby powalczyć o coś więcej.
Tak z pełnymi nadziejami przybyłem do Ręczna. Rzeczywistość była zgoła odmienna.
Początek wymarzony. Pogoda wspaniała, czyli ulewa. Tuż po starcie przypadkowo i zupełnie niezależnie od siebie razem z kolegą Lewanem wybieramy taki sam wariant i atakujemy Gajówkę Pilicę. Jak za starych czasów koło za kołem 37km/h po kałużach w tym momencie już wiedziałem, że nie będzie to dla nas wyścig indywidualny. Zrobimy sobie trening wspólnej jazdy przed Odyseją.
PK1 znaleziony bez większych problemów chociaż zamiast przez Gajówkę pojechaliśmy ścieżką obok, potem szybko brud i „trójka”, gdzie jesteśmy przed... sędzią. Na szczęście lampion przyjeżdża zaraz za nami.
To był koniec sukcesów. Dalsza część może posłużyć jako materiał szkoleniowy jak NIE należy się ścigać w maratonach na orientację.
Prędzej czy później każdy orientalista nauczy się kilku zasad, których niestosowanie może odbić się na wyniku. Pomimo tego, że owe „reguły” znam i stosuję to tego dnia cofnąłem się w moim orientalistycznym rozwoju przynajmniej o rok.
1. Obserwuj mapę podczas jazdy
Mój start to ewidentny przykład jak można skończyć nie zerkając na mapę zbyt często. Nie dość, że można „przejechać” punkt, nie rzadko zdarza się wyjechać po prostu w innym kierunku niż ten który się zamierzało. I tak jadąc z PK10 na PK5 z planem zaatakowania kładki we wsi Szarbsko można wyjechać w środku wsi zamiast bezpośrednio z lasu przymierzyć się do wspomnianej kładki oszczędzając może i kilometr. Piękne krajobrazy podczas przekraczania Pilicy nie powinny zawracać w głowie, bo szukanie „okrągłej kępy drzew” może się zacząć kilkaset metrów za wcześnie i trwać zdecydowanie za długo.
2.Używaj kompasu
Prawda oczywista. W przypadku nawet najmniejszych wątpliwości warto zerknąć to magiczne urządzenie. Wypada również zrobić to kontrolnie co jakiś czas. Nie zliczę ile to razy pojechałem w kierunku nawet przeciwnym niż założony. Dobitnym przykładem jest „trzynastka” z mitycznym szybem solnym. W poszukiwaniu punktu przy leśniczówce wybrałem niewłaściwą drogę. Trwając przez 30 minut w przekonaniu, że to była ta właściwa. Co więcej próbowałem sobie dopasować mapę do tego co widzę w rzeczywistości i nawet mi to wychodziło (przyjmując poprawkę, że tutaj las kiedyś był i na mapie jest, ale teraz go wycięli, a tutaj nie było, ale go zasadzili). Gdy zrezygnowany czasie spotkałem ekipę dwóch innych zawodników przekonanych, że znają trasę również nie patrzyłem na mapę. Rezultat przejechałem punkt i szukałem lampionu znowu prawie kilometr za daleko. Gdy po prawie godzinie znalazłem szyb, zdenerwowanie przechodzące we wściekłość ograniczało moją poczytalność nie mówiąc już, że zbliżało do samobójstwa w celu eliminacji osobnika mniej roztropnego.
3.Mierz odległości na mapie.
Linijka to czasami rzecz wręcz niezbędna. 1 cm = 500 m – zapamiętać i przeliczać, kiedy tylko można. Do prawidłowego działania całego systemu niezbędny jest prawidłowo skalibrowany licznik. W moim przypadku licznik prawidłowo skalibrowany, linijka w dostępnym miejscu. Testowe pomiary wskazują średni błąd w terenie 15 metrów. Super, nic tylko korzystać. Korzystałem, ale oczywiście za rzadko. Szkoda czasu na wymienianie wszystkich pomyłek.
4.Oszczędzaj czas na punktach
Na punkcie kontrolnym podbij kartę i ruszaj dalej. Nawigować, jeść czy pić możesz już podczas jazdy. Tak to już jest, że jak się jedzie z kumplem to względy towarzyskie przeważają. Na „dwójce” tracimy dwie pozycje, bo musimy się napić, przejażdżka krypą kosztuje nas przynajmniej jedno miejsce. Co z tego, że później je nadrabiamy jak musimy włożyć w to więcej pary. Ale już szczytem lenistwa tylko trochę usprawiedliwionym był PK15. Lewan zrywa łańcuch a ja idę w ustronne miejsce, a potem debaty nad naszą sytuacją... o kilkanaście minut za dużo.
5.Jak już masz pytać miejscowych o drogę to rób to umiejętnie
Miejscowi dużo wiedzą, ale pytania do nich muszą być precyzyjne i raczej nie powinny zawierać skomplikowanego, technicznego słownictwa. Jeśli tubylec plącze się w zeznaniach należy znaleźć następnego lub najlepiej samemu dojść do prawdy. Niedobór cukru, myśl o bufecie i kończący się czas to żadne usprawiedliwienie tego, że zamiast o „kładkę” pytam się o „most” miejscowego kibica we wsi Chałupy. „Za sklepem w lewo, ubitą drogą”. Nie wiem co sobie myślałem, może to, że dwie przeprawy nie mogą być tak blisko siebie. W rezultacie po przejeździe przez most i zorientowaniu się, że punkt jest jednak dobry kilometr do tyłu. Padły ostre epitety.
Rezultat tej modelowej jazdy to 24. miejsce. Jeden punkt opuszczony. Powrót na najwyższych obrotach, ze skórczami łydek i marzeniami o prysznicu.
Ale czy tak zapamiętam Bike Orient 2009? Nie tylko. Głównie rzuciła mi się w oczy atrakcyjna i odludna okolica, prawdziwy orient. Z rzadka występujące wsie pełne były ludzi przyglądających się i kibicujących nam, zawodnikom. Takiej ilości i jakości kibicowania na moją cześć nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek miał.
Miejscowi dużo wiedzą, ale pytania do nich muszą być precyzyjne i raczej nie powinny zawierać skomplikowanego, technicznego słownictwa. Jeśli tubylec plącze się w zeznaniach należy znaleźć następnego lub najlepiej samemu dojść do prawdy. Niedobór cukru, myśl o bufecie i kończący się czas to żadne usprawiedliwienie tego, że zamiast o „kładkę” pytam się o „most” miejscowego kibica we wsi Chałupy. „Za sklepem w lewo, ubitą drogą”. Nie wiem co sobie myślałem, może to, że dwie przeprawy nie mogą być tak blisko siebie. W rezultacie po przejeździe przez most i zorientowaniu się, że punkt jest jednak dobry kilometr do tyłu. Padły ostre epitety.
Rezultat tej modelowej jazdy to 24. miejsce. Jeden punkt opuszczony. Powrót na najwyższych obrotach, ze skórczami łydek i marzeniami o prysznicu.
Ale czy tak zapamiętam Bike Orient 2009? Nie tylko. Głównie rzuciła mi się w oczy atrakcyjna i odludna okolica, prawdziwy orient. Z rzadka występujące wsie pełne były ludzi przyglądających się i kibicujących nam, zawodnikom. Takiej ilości i jakości kibicowania na moją cześć nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek miał.
Bike Orient to również Organizatorzy, którzy całą imprezę rozegrali perfekcyjnie. Począwszy od trasy, technicznej, ale dającej dużo radości z jazdy. Kończąc na oprawie powyścigowej o której mogę tylko niestety poczytać, bo zaganiany obowiązkami zmuszony byłem wracać do domu już w sobotni wieczór.
Do zobaczenia za rok Bike Orient, a trochę wcześniej na WaypointRace 2010 ;)
Do zobaczenia za rok Bike Orient, a trochę wcześniej na WaypointRace 2010 ;)
niedziela, 7 czerwca 2009
Krwawa Pętla pokonana!
Przejechałem, bijąc swoją życiówkę - 274 km w kiepskim czasie 22 godzin.
Krótka relacja na forum Alleypiasta, a szersza wkrótce.
GALERIA
sobota, 16 maja 2009
DyMno 2009 - relacja zawodnika trasy C-100

DyMno słynie z ciężkiej nawigacji i trudno dostępnych punktów. Ten mit rośnie z roku na rok i co raz bardziej odstraszał mnie przed podjęciem wyzwania. Dość powiedzieć, że wielu starych wyjadaczy szos i szutrów nie może się pochwalić ukończeniem DyMna. Postanowiłem i ja się przekonać w czym diabeł straszny i z chęcią zdobycia punktów do Pucharu Polski czego wymogiem jest zaliczenie wszystkich punktów kontrolnych zdecydowałem się pojechać do Łochowa.
Przed
Wyścig zaczął się dla mnie już w piątek wieczorem, kiedy musiałem w 7 minut przetransportować się z warszawskiego dworca wschodniego na Wileniaka. Teoretycznie spokojnie wykonalne, gdyby nie korki. Wśród trąbienia i krzyków pieszych zdążyłem tuż przed odjazdem. Na peronie czekała mnie niespodzianka - kompletnie zawalony pociąg. Wreszcie ulokowałem się w służbówce opierając się jednym bokiem o wózek dla dzieci a drugi o współpasażerów. Klimat w pociągu pozwał mi poczuć charakter terenów na których już następnego dnia przyjdzie mi się ścigać. Pasażerowie na drugim gazie, głośne rozmowy, czy gderające przekupy to wszystko dawało mi przekonanie że wybrałem właściwy kierunek.
Było jeszcze jasno gdy wysiadłem na łochowski peronie. Świeżą krew od razu wyczuło miejscowe towarzystwo komarów. Należy przyznać, że te owady mają w tych okolicach chyba swoją ojczyznę, są po prostu wszędzie i jedyne co zostaje to przyzwyczaić się do ich towarzystwa, co nie jest w cale łatwe i nie daje dużej ulgi.
Z dworca udałem się tradycyjny pakiet startowy do miejscowej Biedronki, a następnie do szkoły - bazy wyścigu. Rejestracja teoretycznie od godziny 20.00, jestem kilka minut po, w szkole z zawodników jest może kilka osób, a zarejestrować się jeszcze nie można. 1,5 godziny później nadal organizatorzy nie uporali się z papierami, ale udało mi się wybłagać, żeby mnie gdzieś tam wpisali. Zależało mi na wczesnym pójściu spać po kilku słabo przespanych nocach. Niestety nadzieja na długi sen szybko minęła, po tym jak się okazało, że odprawa startowa jest zaplanowana gdzieś między 22 a 23.
W pakiecie startowym otrzymuje numer 101 w wersji na rower i na plecy, koszulkę, jest też worek foliowy na mapę, do którego nie przywiązuję zbytniej wagi - mam swój mapnik. Dostaję również kartę startową, dosyć ciekawą bo dużą, zalaminowaną i kolorową w zestawie ze sznurkiem. Już po wyścigu stwierdziłem, że metoda z kartą wiszącą na szyi nie jest wcale głupia o ile ma się kilka warstw odzieży i karta znajduje się pomiędzy warstwą zewnętrzną a wewnętrzną, dzięki temu się nie majta się podczas jazdy i nie drażni skóry.
Wśród zawodników rozpoznaję znajome twarze - będzie ciężko bo mocno towarzystwo się zjawiło, a nie ma jeszcze Warszawy, która z pewnością pojawi się w sobotę z rana. Z odprawy pamiętam 3 rzeczy: dużo map, mapy do użytku wewnętrznego, mapy są stare i czasami mocno nieaktualne. Z takimi pozytywnymi informacjami poszedłem spać.
Poranek
Rano kaszka z pakietu startowego, sprawdzenie temperatury i powitanie z komarami. Mogę przystąpić do wyboru ubioru, a wziąłem tego całą masę na każde warunki. Wybieram zestaw long, czyli długie gacie rowerowe i ciepła bluza. Zakładam też swoje nowe akcesorium - nerkę prosto ze Szwecji. Obładowana nieźle wibruje na moim krzyżu, ale do startu zostało mało czasu i trzeba tak spróbować jechać.
Na starcie wszyscy ustawiają się w szeregu, jako, że mi się zachciało wczoraj rejestrować jako pierwszemu jestem pierwszym z brzegu. W ręce wpadają mi dwie mapy i już wiem dlaczego DyMno jest takie trudne. Nie mogąc publikować map muszę to jakoś opisać. Na mapie w większej skali (1:60000) naniesione są tylko bardzo przybliżone obszary w których jest punkt kontrolny, natomiast druga płachta zawiera wycinki map w skali 1:25000, gdzie są pokazane najbliższe okolice punktu. Obie mapy są z różnych źródeł i z różnym stopniem aktualności. To sprawia że ścieżki obecne na jednej mapie nie znajdują się na drugiej itd. Sama nawigacja powinna wyglądać tak, że na mapie w gorszej skali nawigujemy do okolic punktu i przełączamy się na dokładną mapę.
Etap I - woda
Pierwszy etap to teoretycznie 71km, chyba prawie nikt nie liczy, że do takiego wyniku uda mu się zejść. Etap polega na zdobyciu w kolejności: 1. Punktu Kontrolnego dalej w dowolnej kolejności dziewięciu PK i Odcinka Specjalnego następnie należy się udać na 14 PK, gdzie po zrobienie etapu 2 można wrócić na punkty 15 i 16 z etapu I. Wszystko brzmi mocno zagmatwanie, a jeszcze bardziej wprawiała w konfuzję karta startowa z całą masą pół na perforację.
Patrząc na mapę wybieram najkorzystniejszy wariant dojazdu na PK1, na 10 sekund przed startem zorientowałem się, że wybrałem trasę przez drogę wykreślona ze ścigania. Po 5 sekund dochodzę do wniosku, że to i tak nie ma znaczenia, bo wszyscy ruszą razem. Trzeba tylko wybrać dobrych żywicieli i na aliena dojechać do pierwszego punktu i dopiera tam zacznie się prawdziwe ściganie. Tak też zrobiłem. Wyszło idealnie, bo byłem w ścisłej czołówce zupełnie nie wiedząc gdzie jadę.Teraz czas na scorelauf.
Trasa była oczywista i ta dowolna kolejność raczej była mało dowolna i większość wybrała taki sam wariant. Do pierwszego punktu dojechałem trochę z kłopotami, byłem w czołówce tak że nie widziałem nikogo przed sobą i to mnie zmyliło po trochę przejechałem właściwy zjazd i kiedy znalazłem już punkt to mijali mnie ludzie, którzy raczej powinni oglądać moje plecy :D Dalej jadę na punkt, którego teraz sobie nie mogę zupełnie przypomnieć, ale opis na mapie "szczyt górki (bez dojazdu)" wiele tłumaczy. Następnie padł wybór na odcinek specjalny, polega on na odnalezienie 3PK na dokładnie oznaczonej trasie. Czyli albo trzeba jechać wolno i się rozglądać na wszystkie strony, albo połączyć siły i w grupie szukać punktów. Tuż przed wjazdem na OS doganiam mocny zespół w którym jest kilku znanych zawodników, jednak ku mojemu zdziwieniu postanowili skręcić w lewo, co wydawało mi się bez sensu, pojechałem prosto i wjechałem na OS z pewną przewagą przed nimi. "Odcinek specjalny wokół rzeczki Dzięciołek" jak sama nazwa wskazuje miał dużo wspólnego z wodą. Rzekę pokonywało się kilkakrotnie, najefektowniej oczywiście na rowerze. Co do ukrycia punktów to jeden był tak perfidnie schowany, że musiałem się po niego wracać po wymianie zdań ze spotkanymi przeciwnikami. Ale nie było tak źle po OS wciąż byłem wysoko,... no nie licząc "wymiataczy", których to już właściwie od początku nie widziałem. Dalej kilka prostszych i łatwiejszych punktów. Na jednym spotykam ekipę z trasy ekstremalnej która wystartowała 2 godziny przede mną - atmosfera piknikowa. Na następnym jeszcze jedna ekipa z kategorii E - tutaj jest gorzej - urwany hak od przerzutki. Nie jedyna taka awaria na tegorocznym DyMnie, mnogość gałęzi i wszelkiej innej maści roślinności spowodował kilka połamanych haków, szprych, czy zerwanych łańcuchów.
Po połowie pętli przychodzi mi walka pod wiatr. Na długiej asfaltowej prostej mija mnie z naprzeciwka mocny team m.in. z Wikim we tradycyjnej flanelowej koszulki oraz Vigilem z Otwockiej Grupy. W tym momencie pojawiało się standardowe myślenie "Co ja tutaj robię?", a było to dopiero 50 km. Na szczęście kolejne punkty robię dosyć gładko, a przeświadczenie, ze nie jest źle potwierdzam gdy mijam zmierzającego dopiero na zdobyty już przeze mnie punkt Inżyniera z TCP. Przyszedł czas na punkt który znajduje się przy oczku wodnym, przy czym na mapie pokazany jest dawny przebieg Bugu, a oczko jest teraz po drugiej stronie rzeki. Ja się wkopałem, zamiast szukać starorzecza to kręciłem się kilkaset metrów za wcześnie. Wreszcie po 20 minutach zobaczyłem na horyzoncie jedną z tych najlepszych dziewczyn w kraju w rowerowych zawodach na orientację - Annę Kamińską. Zjechała po prostu z wału wprost do punktu. Wkurzony ruszyłem za nią, a za mną wspomniany wcześniej team z Wikim, Vigilem i jeszcze jednym kolegą. Po tym został jeszcze jeden punkt przed zmianą etapu. Punkt o nurtującej nazwie "Wpław" znajdujący się przed sporą rzeczką. Moja przeciwniczka odpuściła pokonywanie wody. Dla mnie to szansa, woda po pas, rower nad głową i jestem po drugiej stronie. Uciekam w kierunku kolejnego punktu lecz wpadłem w ogrodzone gospodarstwo wracając dołączam się do teamu, który przewijał się na mojej trasie już kilka razy i tak jechaliśmy już do samej mety.
Przed dojazdem na przepak, gdzie mieliśmy otrzymać mapy na drugi etap zniknąłem z oczu rywalom zyskując nad nimi półtorej minuty i to był ostatni akcent mojego indywidualnego ścigania tego dnia. Spoglądając na listę osób przede mną stwierdzam, że nie jest kiepsko - chyba pierwsza dziesiątka, ale "przecinaki" z prawie godzinną przewagą nade mną... różnica kilku klas jeszcze.
Etap II - piach
Nowe mapy podcinają skrzydła. Punktów jest 10 i wydaje się, że w jeszcze trudniejszym terenie niż pierwszy etap. Napełniam bidony, w pośpiechu zjadam otrzymany baton i ruszam za oddalającym się teamem, który zaliczył wyjątkowo krótki pobyt na "półmetku".
Drugi etap to jeszcze więcej piachu, jeszcze więcej dróg których nie ma na mapie i tych które są na mapie, ale nie ma w rzeczywistości i jeszcze większe zmęczenie. O dziwo nie idzie nam źle. W 4-osobowym zespole zawsze jest ktoś kto w danym momencie nie ma zaćmienia, więc większych błędów nawigacyjnych nie popełniamy, co nie znaczy że nie było wątpliwości... były i to czasami bardzo duże. Ja się wziąłem za mierzenie dystansów na mapie i porównywanie ich ze stanem licznika, kilka razy się przydało. W połowie etapu II łapiemy zagubionego zawodnika i nasz team liczy już 5 osób. Po wyczerpujących 6 pierwszych punktach tego etapu 4 kolejne można uznać za łatwe i szybkie. Niestety na 90 km, czyje ostre kłucie w brzuchu. Oczywiście kupa różnych słodkich specyfików energetycznych dała po sobie znać. Póki się nie ogarnąłem kilka kilometrów przejechałem półprzytomny wlekąc się na końcu stawki i zupełnie nie kontrolując swojej pozycji na mapie.
Po zrobieniu wreszcie 10PK II etapu, wracamy na mapy z I etapu i robimy pozostałe 2 punkty. Piach jakby się zmniejszył, na ostatnim punkcie wpadamy na dwuosobowy team ekstremalistów, którzy są po 90 km rowerem i 20 km kajakiem. Razem z nimi kierujemy się do mety. Droga stała się już mocno utwardzonym szutrem, więc mogliśmy rozwinąć niezłą prędkość. Jadąc trochę na oślep i wybierając ścieżki głównie metodą "na azymut" wpadamy niestety na zakazaną drogę krajową nr 62 z której do mety jest około 1km. Chwila konsternacji i wspólna decyzja to spokojny przejazd do bazy wyścigu chodnikiem, a później poboczem dla pieszych. Mam nadzieję, że nie złamaliśmy tym samym regulaminu, bo tempo przejazdu jak i niewjeżdżanie na asfalt raczej nam skomplikowały sprawę niż ułatwiło.
Meta
Na metę wpadamy wspólnie około godziny 19.10, czyli po przeszło 10 godzinach jazdy. Licznik wskazuje równo 130 km. GPS do rejestracji śladu padł na 104 km. Zupa pomidorowa z ryżem jeszcze nigdy mi tak nie smakowało, a generalnie wolę w makaronem.
Muszę przyznać, że jestem z siebie zadowolony, lepiej oczywiście jakbym całość przejechał sam, ale wtedy liczę, że przyjechałbym nawet godzinę później.
Kolejne cele to zorganizować fantastyczny WaypointRace, później niegorszy od niego Epilog, no i wyprawa na Bike Orient.
Ostatecznie zająłem 9. miejsce, nawet jestem zadowolony bo strata do czołówki jakby się trochę zmniejszyła.
Strona imprezy: http://www.dymno.prv.pl/
Mój track (do momentu jak GPS działał): http://www.everytrail.com/view_trip.php?trip_id=204526
PS: Ostatnio mało piszę, bo brakuje mi na to czasu. Nie mniej jednak ten post jest dwusetnym na tym blogu.
sobota, 11 kwietnia 2009
Trochę więcej czasu
Zapraszam do przeczytania mojego pomistrzowskiego felietonu z pruszkowskich zawodów w najnowszym numerze WaypointPress.
Korzystając z okazji pochwalę się zakończeniem swojej edukacji i uzyskaniem tytułu zawodowego przed nazwiskiem, co pozwoli mi odzyskać trochę wolnego czasu póki jeszcze organizacja WaypointRace nie przybierze na sile.
Korzystając z okazji pochwalę się zakończeniem swojej edukacji i uzyskaniem tytułu zawodowego przed nazwiskiem, co pozwoli mi odzyskać trochę wolnego czasu póki jeszcze organizacja WaypointRace nie przybierze na sile.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



