poniedziałek, 25 lipca 2011

Wariant Dwóch Ósemek

Na starcie (zdjęcie organizatorów pobrane z serwisu Facebook)
Pisałem już, że nie lubię mokrych zawodów. Wydawało mi się, że nie lubię też nocnych, ale to chyba wynika z faktu, że właściwie startowałem w takich imprezach tylko kilka razy.

16 lipca 2011 roku w Pobiedziskach o godzinie 00:00 wystartowała 150-kilometrowa trasa rowerowa Wielkopolskiej Szybkiej Setki. Było sucho, było w ciemno i dla mnie były to najlepsze zawody w tym roku pod względem trasy.

Mam małe doświadczenie w nocnych jazdach przez to staram się wymyślać jakieś specjalne warianty dostosowane do tych specyficznych warunków. Na dodatek nie lubię bezpośrednio walczyć na trasie, dlatego najlepiej mi się jeździ jak nie widzę konkurencji. Teraz już wiem, że nie ma sensu budować jakiś skomplikowanych wariantów przejazdu, które  w moim wypadku polegały na wybieraniu pozornie łatwiejszych punktów na początku. Łatwiejsze to dla mnie te, które znajdują się blisko dróg asfaltowych lub na otwartej przestrzeni. Na WSS wyszedł mi wariant, który dumnie mogę nazwać wariantem „ósemki”, a na trasie przekształcił się w podwójną „ósemkę”. Kilometraż też zacny, bo zamiast 150 kilometrów przejechałem zgoła 173…

Zaczęło się ostro. Nietypowo pierwszy punkt kontrolny został narzucony, a start odbywał się za „pilotem”, którego rolę pełnił samochód organizatorów.  Tempo pilota zwiększało się stopniowo, na końcu asfaltu prędkość czołówki wynosiła już ponad 35 km/h. Samochód zjechał i jedziemy przy kurzu wpadającym w zęby na pierwszy punkt. Noc i duża prędkość spowodowały, że praktycznie wszyscy przestrzeli zjazd, a ja chyba najbardziej. Kiedy się zorientowałem, że zostałem sam, a kompas wskazuje inny od zamierzonego kierunek zawróciłem  widząc wciąż zbliżających się szutrową drogą kolejnych świecących rowerzystów. Błądzenia dużego nie było, ale strata po pierwszym punkcie do liderów oscylowała wokół 5 minut. Dalej zaczęła się już samotna jazda.
Wszystkie drogi szutrowe były suche, równe i bardzo szybkie. Na dodatek akurat była pełnia księżyca, więc z prędkością nie musiałem się ograniczać. Tutaj umieszczę dygresję na temat mapy zawodów. Była bardzo dobra. Skala 1:50000, oznaczone nawet klasy dróg szutrowych. Mały niesmak pozostał tylko przy jednym punkcie, który były lekko przesunięty i spowodował niemałą konsternację wśród zawodników również u mnie. Przyczepiłbym się też do ograniczenie w przekraczaniu drogi krajowej nr 5. O dziwo nie było to dozwolone w samych Pobiedziskach, przez co mój wariant przejazdu zyskał na długości i idiotyczności ;) Na mecie dowiedziałem się, że to był podobno błąd na mapie…

Jadę tak sobie tym swoim wariantem, na początku jeszcze mijam osoby wybierające inny, ale i tak lepszy od mojego kierunek i kolejność zdobywania punktów.  Ale po przekroczeniu krajowej „piątki” i wjechaniu w las jestem sam. To się nie zmienia przez kilka godzin. Punkty zgarniam bez problemów, nie może być inaczej przy tak dobrej mapie.  Niestety po przekroczeniu 40 kilometra odzywa się doskwierające mi ostatnio prawe kolano. Ból jest coraz silniejszy, w mojej jeździe objawia się to brakiem przyspieszenie i wolniejszym pokonywaniem wzniesień oraz piachów. Wszędzie tam gdzie obciążenie było wyższe musiałem odpuścić, ale przy dłuższych prostych odcinkach prędkość była naturalna.

W okolicach 2/3 trasy kiedy było już jasno ogarnia mnie zmęczenie i zaczynam kombinować z dojazdami na punkty. Normalnie bym tego nie zauważył, gdyby nie zawodnik, który przez kilka punktów towarzyszył. Ja pierwszy odjeżdżałem z punktu, ale dojeżdżałem drugi. Przekraczam znowu szosę nr 5 i znów jestem sam. Punkty w południowo-wschodnim rogu mapy wydaje się trudniejsze. Faktycznie już pierwszy z nich sprawie mi sporo problemów. Na szczęście tylko ten był tak skomplikowany. Na wyjeździe z punktu jadąc wąską ścieżką mam dosyć niebezpieczną sytuację. Przede mną idzie locha z mały dzikami. Ścieżka jest wąska, z lewej strony znajduje się młodnik ogrodzony siatką, z prawej miałem las. Locha umyka na prawo, a małe biegną przede mną i skracają w lewo. Odbijają się od siatki i znowu do przodu. Nie wiedziałem co zrobić, zatrzymanie się mogłoby spowodować atak samicy, która była już za mną. W momencie jak małe znowu skręciły w siatkę, nacisnąłem mocniej na pedały i wyprzedziłem je.

Po wyjeździe na asfalt znowu analizuję mapę, wychodzi mi, że jeden punkt łatwiej będzie zaatakować od innej strony i mój wariant nabiera ostatecznego kształtu podwójnej ósemki. Zdawałem sobie już sprawę, że czas mam kiepski, jak kiepski okazało się po chwili kiedy na punkcie nr 1 mijam Marcina Nalazka z Łukaszem Drażanem kompletujących swój ostatni punkt, w momencie kiedy mi zostało ich jeszcze cztery. Dalsza jazda była już bez historii. Melduję się na mecie z czasem 9h 40 min., ponad półtorej godziny po zwycięzcy.

Z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że już nie będę kombinował z wariantami na wieczornych zawodach. Miałem też za małe zaufanie do mapy. Organizatorzy przygotowali doskonały podkład i praktycznie każda zaznaczona droga nie tylko w rzeczywistości istniała, ale była przejezdna. Niestety moje kombinowanie to był efekt kilku poprzednich imprez na których srogo się na mapach zawiodłem.

Pod względem organizacyjnym Wielkopolska Szybka Setka nie mają się czego wstydzić. Wisienką na torcie był słynny już kotlet schabowy z ziemniakami jako posiłek regeneracyjny (ciekawe, czy to już tradycja, bo 2 lata temu też był). Żałuję tylko, że zarzucono pomysł wręczania map podczas rejestracji (tak było również 2 lata temu). Ten ewenement nadawał rywalizacji ciekawego kształtu i czegoś czego nigdzie indziej nie ma dokładna analizy mapy przez kilka godzin przed startem. Chociaż mogę sobie wyobrazić, że dla oznaczałoby to jeszcze bardziej zagmatwany wariant.

Oto ten sławetny wariant:
Duża, niepełna ósemka, mała ósemka. Jakby się przyjrzeć to można znaleźć jeszcze ze dwie inne ósemki. Może zgłosić ten rysunek do tych teleturniejów telewizyjnych gdzie trzeba zadzwonić i odpowiedzieć na podchwytliwe. Pytanie: "Policz ósemki"

Strona imprezy i Profil na FB
Statystyki z GPSa

poniedziałek, 11 lipca 2011

Co mają wspólnego ze sobą: kwas mrówkowy, szary papier i mokradła?

Właściwy powrót bloga rozpocznie się od posta z relacją z najświeższej imprezy. Forma pisarska daleka od szczytowej, ale może się poprawi...

    Nie ma to jak Alleypiast. Wystartować i po spokojnej jeździe wygrać. Ostatnio zmagania sportowe w moim wykonaniu wyglądają zupełnie na odwrót.
    Nazwa “Alleypiast Niegościnnych Moczarów” nie wzbudziła we mnie podejrzeń, na start wziąłem między innymi dobre i niezniszczone buty, krótkie spodnie i stary rower. Tylko ten ostatni wybór był słuszny. Start teoretycznie o 20.30, spóźniam się dla zasady 10 minut. Właściwy start i tak miał miejsce godzinę później. Trasa opisana w manifeście nadal nie budziła niepokoju, ale Grzesiek rozwiał wątpliwości - po ostatnich deszczach jest mokro i nie wszędzie da się dojechać.
Punktów do zdobycia jest 10 oraz kilka bonusów o których mamy się dowiedzieć już na trasie. Kolejność zdobywania nasuwa mi się od razu, tym bardziej, że raczej będzie to jazda na pamięć. Większość miejsc znam, albo wydaje mi się, że wiem gdzie to jest.
Postanawiam jechać spokojnym tempem i nie przekraczać prędkości rekreacyjnej, co w moim przypadku oznacza 25 km/h. Pierwszy strzał to UL w okolicach ulicy Granicznej między Regułami a Malichami. Co prawda nigdy tam pasieki nie widziałem, ale dojazd na miejsce jest opisany dosyć dokładnie. Po chwili stoję obok trzech uli. Minutę później jestem już ponownie na ulicy Granicznej zmierzając do WSKAZÓWKI.
Stojąc na zakręcie drogi mam wypatrywać czerwonego światła. Najpierw spodziewałem się, że będzie to gdzieś blisko, potem zauważam Radiostację w Mrokowie na której tle mruga coś na czerwono. To musi być to, problemem jest fakt, że od lampki oddziela mnie pole pszenicy oraz to, że w panującym półmroku trudno mi ocenić rzeczywistą odległość. W rezultacie okazuje się, że źródło czerwonego światła jest bliżej niż myślałem, ale i tak było to całe 400 metrów. Na miejscu znajduje się ruina, gdzie po zmierzeniu się z pokrzywami znajduję informację, ze punkt jest w południowym krańcu największej kępy drzew w pobliżu. Jest to kolejne 400 metrów na południe, brak drogi, nie ma już pola pszenicy, ale jest łąka. Szybko okazało się, że łąka jest zalana, ale da radę iść, w najgorszym przypadku miałem wodę po kostki. Po 200 metrach decyduję się zostawić rower. Raz w tym roku już na zawodach zgubiłem rower w ten sposób, tym razem biorę GPS i oznaczam miejsce desantu. Kępa drzew okazała się dosyć “szeroka” i wpierw atakuję ją od złej strony obierając sobie drogę przez szuwary wyższe ode mnie o pół metra. Kiedy docieram do drzew i nie widzę nadal nic poza trzciną postanawiam wrócić i szukać innego podejścia. Właściwe miejsce ataku było 30 metrów dalej. Po pokonaniu wody po kolana znajduję znicz i punkt. Wracając do roweru, rozważam jak źle zrobiłem biorąc nowe buty, jak zbrzydły mi już mokre zawody i jak to organizatorzy imprez na orientację lubią umieszczać punkty w podmokłych terenach. Zastępczy GPS w Nokii nie jest zbyt dokładny skutkiem czego roweru szukałem dobre 5 minut. Wracam jak najszybciej do asfaltu licząc na to, że najgorszy punkt mam już za sobą.
Następna lokalizacja w to CZTERY LAMPIONY w Michałowicach (których naprawdę miało być trzy o czym nie wszyscy usłyszeli na starcie). Punktami były znicze poukrywane w zarośniętym lasku, wskazówki stanowiły fragmenty szarego papieru, który miał kierować do celów. Okazuje się, że na miejscu jest już grupa pod przewodnictwem Zajączka. Panujący już mrok trochę skomplikował poszukiwania, przez co pokonaliśmy dwukrotnie dłuższy dystans niż trzeba było, ale za to było w miarę sucho.
Do WILLI MOCZARA  na końcu Michałowic dojeżdżam na miejsce sprawnie. W opuszczonym domu szybko odnajduję karteczki na punkcie, jest też bonus czasowy za przywiezienie na metę pestki wiśniowej z przyogrodowego sadu. Ciekawe, że znalazłem tylko jedno drzewo wiśniowe z jednym owocem, bez skrupułów zjadam wiśnię, a pestkę chowam do kieszeni.
Kolejnym etap to długi przejazd na BAGNO do Suchego Lasu. Jak się można było spodziewać Suchy Las stał się dosyć mokry i pełen kałuż. W pewnym momencie drogę przebiega a potem biegnie przede mną wyrośnięty borsuk. Według Wikipedii: “[Borsuk] uwielbia przebywać w pobliżu terenów podmokłych i wody”, czyli byłem już blisko. Faktycznie, po odliczeniu manifestowych 120 metrów od skrzyżowania doliczam jeszcze kolejne 30 i wchodzę w las. Po chwili w tle widać czerwoną lampkę i punkt na “wyspie” otoczonej bagiennym szlamem. Na wyspę da się wskoczyć, zdobywam punkt poprzez umoczenie palca w atramencie, wyjmuję aparat fotograficzny, ale w tym samym momencie wyczuwają mnie komary. Robiąc naraz zdjęcie i wyskakując z “wyspy”, czym prędzej wracam do roweru zauważając po drodze przez przypadek koszulkę z karteczkami potwierdzającymi punkt (później się okazało, że wyspa była bonusem).
Do pobliskiej LEŚNEJ REZYDENCJI docieram bez problemów. Punkt zlokalizowany był w pokoju obok łóżka drewnianego domu. Zostały mi już tylko punkty pęcickiego. Po niezbyt przyjemnych doświadczeniach z kałużami w Suchym Lesie postanawiam nadłożyć kilometrów i jechać przez Wolicę.
Za cmentarzem w Pęcicach zostawiam rower i zmierzam na PIEŃ. Po chwili widzę Roberta, który oczekuje na towarzyszy zdobywających punkt. Pień ukryty jest pomiędzy sadzawkami i całą masą pokrzyw. Drogę wskazuje szary papier. Docieram do punktu bez większych przeszkód, gdzie spotykam Darka i Zajączka. Na miejscu ujawniona została lokalizacja punktu ROZLEWISKO - kilkadziesiąt metrów na południe od PNIA. Razem z Zajączkiem ruszamy poprzez pokrzywy, rozlewiska szuka już od kilku dobrych minut Krzysiek. Przedzieramy się przez pokrzywy o wysokości przynajmniej 1,5 metra, wychodzimy na łąkę. Ja zaczynam mieć wątpliwości co do kierunku południowego. Z racji braku, żadnego narzędzie nawigacyjnego, szybko lokalizuję Wielki Wóz, dalej Mały Wóz i Gwiazdę Polarną. Kierunek w którym podąrzaliśmy pierwotnie okazał się prawidłowy. Wkrótce wraca Krzysiek z informacją, że punktu nie ma. Podejmuję decyzję, że należy się zapuścić bardziej w pokrzywy i krzaki. O ile pomysł był dobry co do punktu to dobił on już zupełnie moje nogi cierpiące od pokrzyw. Po znalezieniu punktu jeszcze niemiły powrót przez zarośla do rowerów. Tutaj rozdzielam się po raz kolejny z ekipą z racji tego, że mój rower stoi trochę dalej.
KONCERY MOCZAROWSKIE - RUSAŁKA zlokalizowane były na tyłach pęcickich sadów. Dojeżdżam na miejsce gdzie spotykam Halinę, Lewana i Kaczora, reszta ekipy “w terenie”. Widzę w świetle czołówki, że droga prowadzi kolejny raz przez pokrzywy. Lewan na odchodne rzuca “wytężaj słuch” (hasło z manifestu). Po kilkudziesięciu metrach do moich uszu dobiegły regularne odgłosy ćwierkania za którymi postanowiłem podążyć. Po dłuższej chwili dotarłem do drzewa na którym siedziało stworzenie wydające dźwięki, zakładając, że Grzesiek jednak nie wytresował ptaka stwierdzam, że to fałszywy trop. Wracam na pierwotną ścieżkę i znajduję ponownie szary papier, mijam resztę ekipy, którzy to radzą nie wchodzić w zieloną kałużę. Idę dalej prosto, ścieżka jest dosyć wyraźna, ale w stwierdzam, że dawno nie było papierowych znaków. Postanawiam wrócić i faktycznie okazuje się, że przegapiłem odbicie w lasek. Tam już jest Robert, Darek i Krzysiek, którzy po zdobyciu punktu zastanawiają się nad zdobyciem bonusa za zieloną wodą. Bez wahania szukam kija i sprawdzam stabilność dna. Okazuje się przebieżne i po chwili docieramy do RUSAŁKI, której elektroniczne struny głosowe przestały wydawać dźwięki. Dowiadujemy się, że punkt OGNISKO został anulowany, co oznacza, że czas na metę.
Wspólnie docieramy pod tor kolarski, gdzie czeka na nas doskonale przygotowane ognisko.

Efekt: mocno zniszczone buty, podrapane i poparzone nogi (po 2 dniach nadal swędzą) no i pierwsze miejsce. Gratulacje dla Grześka - organizatora za trud i świetne pomysły.

Uzupełnienie:
  • Kwas mrówkowy (wg systematycznej nomenklatury IUPAC kwas metanowy), HCOOH [...] Kwas mrówkowy występuje m.in. we włoskach parzących pokrzyw oraz w jadzie mrówek, a jego wniknięcie do skóry wywołuje silny ból. Wydzielany jest także przez rosiczki w celu rozpuszczenia zdobyczy. [wikipedia]
  • Mokradła (teren podmokły, bagno, błoto, moczary, trzęsawisko, bajoro, grzęzawisko, topiel, topielisko) – tereny okresowo lub stale zabagnione, podtopione lub pokryte warstwą wody, siedlisko hydrogeniczne, obszar o płytkim poziomie wody gruntowej (powyżej 1 m), teren silnie uwilgotniony, zalany wodą lub okresowo zabagniony, o glebach mineralnych lub organicznych. [wikipedia]
  • szary papier - papier toaletowy
  • Alleypiast - Pod wspólną nazwą Alleypiast organizowane są alleycat'y w okolicach Piastowa i Pruszkowa. Wyścigi te mają charakterystyczny klimat, odbywają się zazwyczaj wieczorami. Ich specyfika wiąże się również z trasami, które nie zawsze nazwać można miejskimi.
Trasa

wtorek, 28 czerwca 2011

Powrót bloga

Prawie 400 dni od ostatniego posta. Wróciłem i zmieniłem nazwę bloga, ciekawe ile osób wie skąd się wzięła ;) Tematykę również zmieniam, zamiast opisywania różnych epizodów z mojego życia bardziej skupię się na imprezach sportowych, w których biorę udział.

Wiele osób nawet nie zdaje sobie sprawy ile ciekawych masowych imprez sportowych rozgrywa się co tydzień w Polsce. Czasem na prawdę ciężko się zdecydować. Tam gdzie się pojawiam zawsze przeżywam przygodę, są zwycięstwa i porażki, lepsze i gorsze momenty.

Ostatnio zauważyłem, że ciężko mi sobie przypomnieć niektóre wyprawy, starty i osiągnięcia z minionych miesięcy. Dlatego bloga piszę głównie dla siebie, trochę jako pamiętnik, trochę jako poradnik - nie ma to jak analiza startu z wytknięciem wszystkich dobrych i złych manewrów.

Postaram się uzupełnić w miarę możliwości relacje z odbytych startów, pewnie zacznę od najnowszych.

Swoją drogą, ciekawe jak ten Blogger się zmienił przez rok. Interesujące jest również to, że ciągle mój blog jest odwiedzany i czasem nawet komentowany.


PS: zmieniłem styl bloga, ale nie jest on docelowy :)

poniedziałek, 31 maja 2010

Zabawa w bagnie, czyli DyMnO 2010

Od kilku dni nie mogłem się doczekać soboty. Wreszcie orientacja pod Warszawą na której mogę wystartować. Głód rywalizacji narósł jeszcze bardziej po WaypointRace, kiedy mogłem tylko patrzeć jak wszyscy się dobrze bawią. Bojowe nastroje tłumił we mniej jednak dołek formy, który objawiał się dużym zmęczeniem nawet po kilkudziesięciiu kilometrach. Coś po Harpaganie się we mnie popsuło i nie trybi tak jak to sobie założyłem. No nic, przynajmniej będę mógł sprawdzić jak się czuje w warunkach wyścigowych.

Na starcie. Zdjęcie znalezione na stronie www.silne-studio.pl

Start XI Długodystansowego Maratonu na Orientację miał miejsce przed nieporęckim ratuszem o 9 rano. Każdy dostał pakiet 4 map z którymi ciężko było coś sensownego zrobić. Pierwsza mapa dotyczyła etapu I. Skala 1:16300, 14 punktów kontrolnych oraz kształty, kolory, linie na mapie, które wiedziałem co oznaczają, ale nigdy do tej pory nie przyszło mi się ścigać na typowej mapie do orientacji. Na inne otrzymane kartki nawet nie patrzyłem. Próbuję coś zrobić z mapą etapu I, ale rysowanie śladu markerem mi nie wychodzi. Powoli niektórzy ruszyli, ja spokojnie około minutę po komendzie. Wszyscy jechali dziwnie wolno, ja też, próbujemy oswoić się z mapą. Na pierwszy punkt – I przyjeżdżam w grupie, ale potem zaczyna się już samotna jazda. Jeszcze w trasie na drugi punkt próbuję coś mierzyć linijką, ale wkrótce przekonuję się że to nie ma sensu. Etap przejechałem bez więskzych problemów, nie licząc chwilowej utraty orientacji, ale pomógł inny zawodnik, który przemknął, a ja za nim na punkt. Ponownie pod ratuszem byłem po godzinie i 44 minutach, na liczniku przejachanych było około 22 kilometrów. Etap mi się bardzo podobał, wydawało mi się, że dobrze pojechałem, ale za chwilę z lasu wyjeżdżali kolejni zawodnicy, więc raczej większa część stawki z lasem poradziła sobie podobnie.

„Tętno maksymalne najczęściej opisywane jako Hrmax (od ang. maximal heart rate), można zdefiniować jako częstość pracy serca, odpowiadającą intensywności, na której subiektywnie odczuwasz, że jest to twój maksymalny wysiłek.„
Nigdy sobie nie mierzyłem tętna maksymalnego, ale podczas moich zabaw z pulsometrem największą wartość osiągnąłem po maksymalnym sprintcie po 7 kilometrach biegu, były to 194 uderzenia na minutę. Od soboty, wiem, że mogę uzyskać 197 – próbując wydostać się z bagna.

Etap II rozłożony był na dwóch mapach, a na nim 16 PK i odcinek specjalny. Taka ilość punktów wprowadzała duże zamieszczanie, dodatkowo prawie każdy punkt był „rozświetlony” poprzez mapkę lub ortofotomapę przedstawiającą najbliższe otoczenie punktu w dużej skali. W rezultacie musiałem operować na trzech kartkach. Postanowiłem pojechać na punkt A i tam się dalej zastanawiać nad kolejnością zdobywania. Stanie nad mapami przy bazie, gdzie co chwile ktoś przejeżdża było dla mnie denerwujące, chciałem zastanowić się nad taktyką w jakimś spokojnym miejscu. „Punkt A – skraj lasu”, brzmi prosto, jeszcze ładniej wyglądał na „rozświetleniu”, gdzie było to po prostu róg lasu. Jedyną niewiadomą było bagno, które znajdowało się na północ od lasu. Jednak mokradła według mapy nie były rozległe, ograniczone były od północy kolejnym lasem, tak, że jeśli uderzę na punkt od północnego lasu, to będę miał do pokonania około 200 metrów bagna. Wariant najazdu od południa nie opłacał się zupełnie, nawet jakby okazało się że bagno jest nie do pokonania, to można jeszcze zdobyć punkt wracając się do lasu i jadąc na wschód objechać bagno. Mój błąd polegał na tym, że słabo zanalizowałem „rozświetlenie” w rezultacie zacząłem atakować bagno za wcześnie, kiedy dotarłem do przeciwległego lasu, punktu nie było widać (teraz wiem, że byłem o jakieś 100 metrów za bardzo na zachód). Bagno nie było jeszcze jakieś straszne, w najgorszym momencie miałem wodę po uda. Brnąc dalej na południe chciałem znaleźć drogę, która była na mapie. Drogi widać nie było, a woda była coraz głębsza, przedzierałem się tak na południe, chociaż powinien się cofnąć. Wszedłem do zupełnie zalanego lasu, na wodzie unosiła się trawa, co jakiś czas wpadałem po pas. Dobrze że miałem rower, bo zanurzony robił za laskę na której się podpierałem. W pewnym momencie wpadłem po piersi do wody, co gorsze gruntu nie czułem, a raczej coś w rodzaju wciągającego mułu. Było na prawdę kiepsko, uratował mnie wyskok i rzucenie się na brzuch na powierzchnię, mój ciężar rozłożył się na trawie która porastała powierzchnię bagna i łapiąc się kurczliwie tych źdźbeł trzciny jakoś się wydostałem. To w tym momencie osiągnąłem swój HRmax. Dalej nie było wcale lepiej, jak głupi szedłem wciąż na południe, co gorsze śmierdziałem szlamem, tak że przyciągałem wszystkie komary w promieniu 500 metrów. Według mapy przeszedłem ponad 2 kilometry, aż dotarłem do drogi. To przedzieranie zajęło mi ponad godzinę. Byłem mokry, brudny i potwornie zmęczony, czułem się jakbym ścigał się już kilkanaście godzin. Nie bez problemów, wciąż związanych z wodą dotarłem wreszcie do punktu A. Było to fascynujące przeżycie i to zmęczenie podobało mi się, ale wszystko psuła świadomość, że inni są wypoczęci i w posiadaniu znacznie większej ilości podbitych punktów.

W tym momencie już wiedziałem, że pogrzebałem swoje szanse na sensowny wynik, co gorsza zmęczenie i zdenerwowanie odebrało mi zdrowe myślenie. Pojechałem za kimś na punkt E, tempo jazdy pozwoliło mi trochę odpocząć. Na samym punkcie przeanalizowałem mapę i doszedłem do wniosku, że zrobienie punktów A i E nie było do końca korzystne. W takich momentach zawsze ryzykuję i robię taki warinat, aby spotkać jak najmniej zawodników. Postanowiłem pojechać na drugą mapę i zacząć robić odcinek specjalny. Jak teraz patrzę na mapę to wiem, że powinien jeszcze zaliczyć po drodze punkty D i I, ale wtedy chciałem się jak najszybciej oddalić z tych terenów. Ten pośpiech spowodował kolejny błąd, który kosztował mnie około 30 minut straty. Mapę tak złożyłem, że widziałem oznaczenie odcinka specjalnego i kawałek litery „O”, od „OS”. Tak jadąc i przyglądając się mapie ubzdurało mi się, że „O” oznacza miejsce kolejnego punktu. Pojechałem tak w tym kierunku, będąc już blisko przewróciłem mapę i miałem ochotę wracać do bazy i zobaczyć DNF przy swoim nazwisku. Dalej jednak poszło już w miarę dobrze, nie licząc punktów, do których niektóre warianty najazdu kończyły się kąpielą i czasem nadkładaniem drogi. Muszę przyznać, że było to trochę loteryjne, najwięcej chyba straciłem na punkcie X, gdzie woda była po szyję.

„BMI poniżej 20 wskazuje na niską ilość tłuszczu w twoim organizmie. Jeżeli jesteś sportowcem jest to pożądana waga. Jeżeli nie, niskie BMI może wskazywać na zbyt niską wagę ciała co może zmniejszać Twoją odporność. Jeżeli Twoja waga jest zbyt niska powinieneś rozważyć przybranie na wadze poprzez dobór diety i ćwiczenia.” Wieczorem w domu po dwóch kolacjach okazało się, że moja waga spadła do 73 kg, oczywiście jest to wynik utraty płynów, ale takiej wagi nie miałem od wczesnych czasów liceum. A słynny wskaźnik BMI wyszedł mi poniżej 20. Jednak wcale mało nie piłem, wyszło mi, że zużyłem około 5 litrów płynów podczas zawodów, czyli straciłem ponad 10 litrów.

Zdobywałem sobie tak punkty po kolei S, T, X, U, R, P, M, I, K, H, I, D, C, B. Od punktu K w Kuligowie zaczynam czuć wyczerpanie. Na pewno jedną z przyczyn była wpadka na punkcie A, ale dopiero po wyścigu uświadomiłem sobie, że bardzo mało jadłem. Jakoś ciężko mi na DyMnie cokolwiek wchodziło, często zapominałem w ogóle o jedzeniu. Analizując mój jadłospis wyścigowy, wychodzi, że zjadłem podczas ponad 11 godzin ścigania tylko około 1000 kcal. Ostatnie cztery punkty jechało mi się bardzo ciężko, na asfalcie niestety tempo miałem tylko w okolicach 25 km/h.

Na metę wpadłem około 20:10, zmęczony bardziej niż po Harpaganie. Gdyby nie błędy mogłem być około 2 godzin wcześniej, reszta straty do zwycięzców wyniki ogólnie z mojej formy. DyMnO w tym roku zdecydowanie bardziej podobało mi się niż zeszłoroczne. Zabawa z mapami, chociaż jest denerwująca nadaje imprezie specjalnych charakter. Oprócz wspomnianych problemów w bagnie resztę punktów zdobyłem bez większych strat.

Wyników jeszcze nie ma, ale nawet na nie nie czekam. Teraz zastanawiam się, czy przed BikeOrientem jechać na Grassora.

[aktualizacja] 19. miejsce, do 18. zabrakło 26 sekund. Wynik słaby, ale lepszy niż spodziewałem się na mecie.

http://inowwa.republika.pl/dymno/2010/c100.pdf

Statystyki:

Dystans: 140,78 km

Czas jazdy: 9:18:13

Średnia prędkość: 15,13 km/h

Maksymalna prędkość: 35,44 km/h

Średnie tętno: 159 uderzeń na minutę

Maksymalne tętno: 197 uderzeń na minutę

Spalone kalorie: 8807 kcal

Czas jazdy w I strefie tętna: 3%

Czas jazdy w II strefie tętna: 32%

Czas jazdy w III strefie tętna: 65%

PS: Statystyki z pulsometru dużo „ostrzejsze” niż po Harpie

czwartek, 13 maja 2010

Harpagan 39 - relacja

Zdobyłem mityczny tytuł Harapagana. Powinien być bardzo szczęśliwy, przecież to marzenie większości osób jeżdżących intensywnie na rowerach. Mam jednak mieszane uczucia...


Przedmowa
Wszystko zaczęło się w sobotni, październikowy wieczór zeszłego roku. Siedząc w szkolnej sali gimnastycznej w Redzie rozważałem przegraną jaką był dla mnie Harpagan 38. Porażkę przyrzekłem sobie pomścić na wiosnę. Miejsce około setnego może nie było jeszcze takie złe, gdyby nie fatalna nawigacja połączona z jeszcze większym dołkiem formy. Na domiar złego wszyscy których znam byli przede mną. To wtedy wszem i wobec rozpowiadałem, że na wiosnę zdobędę Harapagana. Z czasem coraz mniej w to wierzyłem. Jeździć treningowo zakończyłem na początku grudnia, a nowy sezon zaczął się dla mnie dopiero w marcu i to bez planu treningowego, ani żadnego systemu. Po prostu jeździłem z tym, że intensywniej niż w poprzednich latach. Każdy przejazd oprócz codziennych odcinków dom-praca-dom miał być w tempie prawie wyścigowym.
Na tydzień przed Harpem przejechałem trasę PRO planowego WaypointRace 2010. Symulując postoje na punktach, popełniając błędy nawigacyjne i wychwytując nieaktualności mapy zrobiłem czas 5 godzin 33 minuty przejeżdżając 118 km. To był dobry wynik jak dla mnie zważywszy, że tego dnia przed 3/4 dystansu towarzyszył mi bardzo intensywny deszcz. To wtedy zdałem sobie sprawę, że Harapagan jest rzeczywiście w zasięgu. I tak z dystansem rocznym około 1800 km wybrałem się w drogę na cel numer 1 pierwszej części sezonu.

Wstęp
Piątek 7.05.2010 godzina 15:30 ruszymy z Lewanem do Gdańska. Prognozy pogody od dłuższego czasu nie były sprzyjające, chociaż gdzie niegdzie zaczynały pojawiać się przewidywania, że deszcz ustąpi w sobotę. Generalnie nastawiłem się, że będzie mokro i się nie zawiodłem – deszcz zaczął podać zaraz za Łomiankami. Jadąc krajową „siodemką” i patrząc na przydrożne lasy, pola i szutrowe drogi nie wyglądało to dobrze, im bliżej morza tym więcej błota. W połowie trasy sprawdzam ICM – około godziny 20 ma przestać padać. Nie przestało.
O w pól do 22 zjawiamy się w bazie wyścigu. Piesi już ruszyli, więc łatwiej znaleźć miejsce. Lokalizujemy dogodną miejscówkę na małej sali gimnastycznej z tartanową bieżnią. Witamy się ze znajomymi, wszyscy zgodnie stwierdzają, że Harpagana znowu nikt nie zdobędzie, przecież ciągle leje. Około północy zasypiam, krople deszczu wciąż uderzają w okna.

Przed
Nad ranem ruch zaczyna się robić o godzinie 5 rano, właściwie nie trzeba nastawiać budzika, bo każdy planuje właśnie półtorej godziny jako czas optymalny, żeby ze wszystkim zdążyć. Noc oczywiście w moim wykonania prawie nieprzespana, nie przeszkadza mi to jednak w sprawnym wstaniu. Pierwszym ruchem wszystkich po obudzeniu było sprawdzenie sytuacji za oknem - nie padało, co więcej niesmiało pojawiało się słońce. Śniadanie na tego typu zawodach mam już opanowane i od dłuższego czasu niezmienne. Są to 3 torebki kaszki na wodzie. Podgrzewam wodę na palniku, nowością będzie wkrojenie dwóch bananów do środka. Wieczorem spakowałem już całe jedzenie na wyścig, ale nadal mam wątpliwości co do ilości, obawiam się, że mam tego za mało. Później okazało się wręcz przeciwnie. W końcu mój zestaw żywnościowy jest następujący:
- banan,
- 6 batonów musli 25g,
- paczka bułeczek mlecznych i kabanosy,
- 2 batony energetyczne 100g.
Do tego za namową Lewana biorę 0,5l rozrobionego wcześniej Gain bolica. Do picia izotonik w ilości 2x bidon 0,7l + bukłak 2l. Na czarną godzinę dołożyłem 2 butelki coli 0,5 l. Nie bez znaczenia tak szczegółowo to wymieniam, jak dołożyłem do tego zestawu jeszcze parę drobiazgów to plecak ważył coś koło 8 kg. Nie chcę nigdy więcej popełnić takiego błędu.
Przed wyjazdem trwają ożywione dyskusje co do ubioru, padają głosy, że jest bardzo zimno, ktoś rozmawiał z pieszymi - "w lesie błoto po kolana". Większość decyduje się ubrać „na długo”, ja również.

6.27, planowe rozdaniem map. Trasę mam już w głowie ułożoną przed otrzymaniem mapy. Jadę tak, żeby na początku mieć pod wiatr, dzisiaj będzie to kierunek zachodnio-południowy. Jako, że trafiłem na numer startowy 759 to dostałem mapę jako przedostatni w 40-osobowej grupie. Niestety rozdawanie map trwało strasznie długo i sam ją dostałem już po planowanej godzinie startu. Jednym rzutem oka stwierdzam, że da się przejechać tak jak pierwotnie założyłem, wyjdzie kółko przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Jak zwykle przy takim dystansie skupiam się więc na 6 najbliższych moim założeniom punktach, a na resztę tylko zerkam. Rysuję markerem początek trasy, później i tak będzie trzeba zweryfikować pozostałe 14 punktów w zalezności od warunków na trasie, przynajmniej będę miał chwilę na odpoczynek. Podczas planowania zakładam, że omijam drogi gruntowe bo nie wiadomo czego się po nich spodziewać. Asfalt właśnie przesychał, ale w terenie musi być mokro.

Mocny początek
Z mapą właściwie spędziłem 3 minuty. Przede mną ruszyła może 1/3 zawodników to i tak słaby wynik, zważywszy na fakt, że wiele osób miało dużo dłużej mapę w rękach niż ja. Jedzie mi się nadspodziewanie dobrze, tygodniowy odpoczynek od roweru zrobił swoje. Zdobycie PK10 nie sprawia mi większych problemów, po około 3-kilometrowym kawałku asfaltem miałem pierwszy kontakt z drogami gruntowymi. Miłe zaskoczenie, kałuż wcale nie jest tak dużo, jedzie się dosyć nieźle, większość dróg była piaszczystych, co w tych warunkach było korzystne ponieważ woda szybko wsiąkała. Wpadam na punkt, gdzie jest niewielki ruch, podbijam punkt i od razu jadę. Decyduję się na jazdę szlakiem do asfaltu. Tak miałem narysowane na mapie, natomiast szlak okazał się słabo oznaczony i trochę się pogubiłem. Wreszcie na szosę trafią z Danielem Śmieją. Jedziemy mocnym tempem. Przy zjeździe z asfaltu rozdzielamy się. W lesie jadę sam, ale wkręca mi się gałąź w koła i muszę się zatrzymać przy ruszaniu widzę nadciągającą trójkę zawodników, to Daniel, Paweł Brudło oraz nieznany mi zawodnik. Postanowiłem chwilę zwolnić i dać wyprzedzić, aby na punkt pojechać w takiej grupie. PK20 w końcu za 5 pkt, więc powinien być trudniejszy w takim mocnym składzie mniejsze prawdopodobieństwo długiego szukania. W rezultacie punkt był łatwy, przynajmniej jadąc sam trafiłbym bez problemu. W tym momencie jesteśmy w czołówce osób decydujących się na taki wariant przejazdu. Na samym punkcie po raz pierwszy i ostatni pokierował za mną owczy pęd. Paweł i Daniel jadą na zachód, ja mam narysowany powrót tą samą drogą na południe. Nie chcąc nic tracić kontaktu z czołówką wybieram kierunek zachodni. Okazuje się on nie najlepszy, drogi słabo przejezdne. Po wyjeździe na asfalt, Paweł znika w lesie, wcześniej pamiętam jeszcze jego stwierdzenie, ze gdyby nie wiatr to trasa byłaby do zrobienia. Ja i Daniel wybieramy asfalt. Na PK2 docieram już sam nie wytrzymując tempa cieńszych opon przeciwnika. Kiedy zobaczyłem namiot chciałem odjechać bez podbijania, nie zgadzał mi się on z mapą i nie chciałem dać wiary dziewczynom punktowym, że to jest punkt trasy rowerowej. Było to jedno z dwóch miejsc które nie zgadzało się dla mnie z mapą. Zresztą droga które miała być obok punktu asfaltowa okazała się fatalnymi "kocimi łbami". Przy dojeździe do skrzyżowania widzę Daniela studiującego mapę, ja wybieram PK18 i bez zatrzymania jadę już sam.
Przy długim przebiegu do PK18 cały czas mam wątpliwości czy jednak nie robić PK14. Ostatecznie wybieram już nie zmieniać. Punkt 18 jest również za 5 punktów, dodatkowo najazd według mapy od wschodu nie wydaje się najłatwiejszy. Będąc już blisko widzę zawodnika wracającego, który stwierdza, że „tędy się nie da”, ale dowiedział się od miejscowego którędy można. Mam wątpliwości bo z mapy to nie wynika, w końcu zadecydowałem, że przy trudniejszym punkcie lepiej szukać we dwóch. Wariant okazał się skuteczny, ale za mostkiem zostawiam "pomocnika" i na punkt przyjeżdżam jako pierwszy i to pierwszy spośród wszystkich startujących. Tak miało być przez następny odcinek.

Samotna jazda
Dalej bardzo prosty fragment trasy na południe z kombinacją PK4 i PK16. Na obu melduje się jako pierwszy. Jedziecie mi się nadzwyczaj dobrze. Dopiero na około 50 kilometrze zaczynam coś jeść i to tylko z zasady, bo śniadanie jeszcze tkwiło nie spalone. Niestety zaczyna się problem z plecami. Obciążony plecak robi swoje i kręgosłup z każdym kilometrem dawał o sobie coraz bardziej znak.
Kolejny punkt to PK14, bałem się najazdu z racji mocno „przerywanych” dróg na mapie, w rezultacie przebieg był bardzo prosty. Zaczynam ponownie mijać zawodników, są już mocno za mną jeśli chodzi o zdobycze punktowe. Przychodzi czas na PK12, trochę ukryty, ale o dziwo jakby podświadomie dokładnie wiem gdzie jechać. Na punkcie robię krótka przerwę i sprawdzam jakość gain bolicu wybijając połowę zawartości. 10 kilometrów dalej zaczyna się kryzys, pojawia się ból brzucha i myśli powrotu do bazy. Do tej pory nie wiem jaka była przyczyna, ale zaczęło się właśnie po spożyciu białego płynu. Do PK6 tempo jazdy było jeszcze przyzwoite dalej gwałtownie słabłem. Wracając z punktu skręcam za wcześnie na szutrowych drogach przez wioski w rezultacie kręcę się zdecydowanie za długo pomiędzy polami. Co chwile zjazdy i podjazdy, w pewnym momencie dobija mnie widok… wyciągu narciarskiego. Musiałem zrobić dwie przerwy, aby odetchnąć. Przed PK1 na 5 minut kładę się obok drogi, właściwie bolało mnie wszystko oprócz głowy, poczynając od kolan, poprzez prawe udo, brzuch, no i kręgosłup. Mija mnie zawodnik patrząc z politowaniem, a może i wyższością nad "niedotrenowanym" rywalem. Dojeżdżam do samego punktu ostatkiem sił i wypijam całą butelkę coli. Na razie nie rezygnuję, postanawiam realizować dalej plan, ale jestem ogromnie na siebie zły, że pojechałem na PK1. Zysk punktowy prawie żaden, dodatkowo „jedynka” nie leżała po drodze, jeszcze ta świadomość że przy takim kryzysie i tempie jazdy Harapagana i tak nie zdobędę. Na asfalcie do Kartuz człapię się 15 km/h, siłą woli wyrzucam myśl o zatrzymaniu się i położeniu na przystanku autobusowym. Za Kartuzami zaczyna być trochę lepiej, na samym PK7, który również nie stanowił żadnego problemu postanawiam zrobić przerwę 5 minut. Zjadam dwie bułki z kabanosami, aby żołądek zaczął pracować. Podwyższam siodełko i smaruje łańcuch.
Zaczyna być dużo lepiej i zaczynam osiągać dobre tempo. Ból brzucha i kolan powoli ustaje. Kolejny punkt, znowu ku mojemu zdziwieniu bez problemu zdobywam, chociaż PK19 na mapie wyglądała niebezpiecznie. PK9, jako, że znajdował się w moim wariancie w 3/4 trasy postanawiam chwilę przeanalizować dalszy przejazd. Obliczam dystans do końca przy pomocy linijki - 60 km, czas 3h 45 min do końca limitu. próbuję to przeliczyć na średnią prędkość jazdy, mam problemy, więc zakładam, że mam 4h do końca czasu, wtedy średnia mi wychodzi 15 km/h. Wychodzi na to, że jest duża szansa i na razie żadnego punktu nie odrzucam, tym bardziej, że ostatnie kilometry jechało mi się bardzo dobrze. Jeszcze się zastanawiam czy nie pomyliłem się w obliczeniach, bo mój kryzys to przynajmniej 30 minut straty od normalnego tempa.

Wyścig z czasem
Na drodze do PK13 wyprzedam grupę zawodników, dogania mnie po chwili jeden z nich i proponuje współpracę ponieważ tempo grupy było dla niego za wolne. To Piotr z Gdańska, który z góry przyznaje, że z nawigacją jest u niego źle, nie długo okazało się, że nie przesadził z tym stwierdzeniem. Nie obawiałem się tego, bo dzisiaj nawiguję prawie doskonale. Jedziemy razem, od razu informuję o moich planach zdobycia wszystkich pozostałych punktów i przez to wymaganej mobilizacji oraz szybkiej jazdy. Lokalizuję PK13, nie było to trudne, zresztą pomogły ślady poprzedników. Do PK17 dłuższy odcinek asfaltem, Piotr prowadzi. Tempo koło 32-33km/h, na podjeździe nie daję rady, ale potem znowu jesteśmy razem. Zadziwia mnie moja forma bo czuję się dobrze, a w nogach mam ponad 170 km, ale w nogach również zaczęły się pojawiać coraz częstsze skurcze. PK17, PK15, PK3 bez historii, ale Piotr stwierdza, że w takim tempie nie da rady bo kończy mu się picie. Wtedy sprawdzam ile mi zostało. Dzielę się połową bidona i z ogromnym zaskoczeniem stwierdzam, że mam ponad litr izotonika w bukłaku. Od tamtej pory ustnika prawie nie wyjmowałem z ust. Zaczynam mieć obawy, bo zostało 1h 15 min i 3 punkty do zdobycia. Do PK5 najazd inny niż się planowałem, ale zawiniła nieaktualność mapy. Przed kolejnym punktem Piotr jednak stwierdza, że musi wpaść do sklepu bo jest kiepsko. 5-minutowe zakupy mocno mi się dłużyły, za to miałem czas do dokładnego zaplanowania dalszych przebiegów. PK11 zdobywamy bez problemu, został ostatni punkt. Tutaj w pobliżu lotniska popełniam błąd i wybieramy nie tę drogę, tracimy znowu około 5 minut. Powrót, ale na horyzoncie widać już grupki pieszych zmierzających na ten sam punkt, więc nie ma problemu. Na wyjeździe z PK8 zostało 18 minut do końca czasu. Piotr stwierdza, że stąd zna drogę - jeździ tędy codziennie. Boję się zaufać, pomny poprzednich doświadczeń, ale jakbym chciał jechać sam może być jeszcze gorzej ze względu na mocno zurbanizowany teren. Obaj jedziemy mocno zmęczeni. Tempo około 24-25 km/h. Na metę wpadamy i okazuje się, że zostało jeszcze 7 minut do końca. Zdobyłem Harapagana!

Podsumowanie
Łatwo położone punkty kontrolne to hasło jakie najczęściej jest powtarzane po wyścigu. Również się przyłączam do niego. Nie miałem problemu z żadnym z nich, jedyne trudności napotykałem na przebiegach pomiędzy punktami. Pełną radość przysłania mi fakt, że tytuł Harpagana na takiej edycji może nie być pełnoprawnie traktowany. Tym bardziej spada na mnie większe wyzwanie udowodnienia że to nie był przypadek na kolejnych edycjach. Zapytany na mecie, czy będę miał jeszcze motywację przyjeżdżać na Harpagany odpowiedziałem, że na pewno tak. Teraz zastanawiam się, czy nie obrać sobie nowego wyzwania, którym mogłoby być zdobycie tytułu na trasie mieszanej, kto wie... ;)

Z każdych zawodów trzeba wyciągać wnioski, więc na minus zaliczam zdecydowanie błędne przygotowanie logistyczne, przeładowany plecak, który spowodował ból pleców, aż do poniedziałku. Nie potrafiłem zaplanować ilości niezbędnego jedzenia, przywiozłem 2/3 tego co ze sobą zabrałem. Co gorsza na mecie mogłem jeszcze wypić 0,5 l pozostałego w bukłaku izotonika, co w obliczu napadających skurczów jest fatalną informacją. Jestem natomiast bardzo zadowolony ze swojej nawigacji, jazda była płynna. Na pewno pomagała taktyka częstego zapamiętywania dystansu z licznika przy charakterystycznych punktach na mapie

Regenerację po Harpaganie kończę właśnie tą relacją. Czy to był tylko jednorazowy wystrzał formy, czy może zapowiedź lepszego niż poprzedni sezon to się okaże już wkrótce, na DyMno.


Statystyki:
Czas na mecie: 11h 49min
Dystans: 228,06 km
Czas jazdy: 10h 45min
Średnia prędkość: 20,85 km/h
Maksymalna prędkość: 63,19 km/h
Średnie tętno: 150 uderzeń/minutę
Maksymalne tętno: 181 uderzeń/minutę
Spalone kalorie: 9087 kcal
Czas w I strefie: 13%
Czas w II strefie: 42%
Czas w III strefie: 44%