- Kwas mrówkowy (wg systematycznej nomenklatury IUPAC kwas metanowy), HCOOH [...] Kwas mrówkowy występuje m.in. we włoskach parzących pokrzyw oraz w jadzie mrówek, a jego wniknięcie do skóry wywołuje silny ból. Wydzielany jest także przez rosiczki w celu rozpuszczenia zdobyczy. [wikipedia]
- Mokradła (teren podmokły, bagno, błoto, moczary, trzęsawisko, bajoro, grzęzawisko, topiel, topielisko) – tereny okresowo lub stale zabagnione, podtopione lub pokryte warstwą wody, siedlisko hydrogeniczne, obszar o płytkim poziomie wody gruntowej (powyżej 1 m), teren silnie uwilgotniony, zalany wodą lub okresowo zabagniony, o glebach mineralnych lub organicznych. [wikipedia]
- szary papier - papier toaletowy
- Alleypiast - Pod wspólną nazwą Alleypiast organizowane są alleycat'y w okolicach Piastowa i Pruszkowa. Wyścigi te mają charakterystyczny klimat, odbywają się zazwyczaj wieczorami. Ich specyfika wiąże się również z trasami, które nie zawsze nazwać można miejskimi.
Spojrzenie na imprezy sportowe z perspektywy zawodnika. Głównie maratony rowerowe na orientację, ale nie tylko...
poniedziałek, 11 lipca 2011
Co mają wspólnego ze sobą: kwas mrówkowy, szary papier i mokradła?
niedziela, 29 marca 2009
Tajemnice pruszkowskiego sabotażysty
http://picasaweb.google.pl/Ad.Wojciechowski/TajemnicaPruszkowskiegoSabotazysty#
Dla lubiących analizy zamieszczam również swojego tracka na:
niedziela, 16 listopada 2008
Podsumowanie urodzinowych zmagań
Podsumowanie na stronie Alleypiasta:
Urodzinowy alleycat
Urodzinowy sprint
środa, 12 listopada 2008
Absolutne wyuzdanie
To wydarzenie znamionowały plakaty, które w tajemniczy sposób pojawiły się w okolicy w nocy z piątku na sobotę, tak więc o wydarzeniu wiedziała tylko garstka należąca do elitarnej i nieformalnej grupy autorów tych ogłoszeń oraz przypadkowi czytelnicy plakatów. Czy hasło „Urodziny Alleypiasta” może kogoś zachęcić? Mnie nie tyle zachęciło, co zaciekawiło i pełen obaw, w kamuflażu udałem się na swoim rowerze we wskazane w ogłoszeniu miejsce, aby z ukrycia obserwować bieg wydarzeń.
O godzinie 18.00 w miejscu, które ostatnio jest na ustach mieszkańców mojej miejscowości - dworcu kolejowym znajdowało się już kilkunastu dziwnych osobników na rowerach. Ich liczba zwiększała się z minuty na minutę, coraz bardziej blokując przejście zwykłym przechodniom. Coponiektórzy ze strachu rezygnowali z przedzierania się przez „stado” rozwydrzonych rowerzystów. Rozwydrzonych, bo jak inaczej nazwać panujący gwar, głośnie rozmowy, śmiechy i to jeszcze w tak reprezentacyjnym miejscu. Czas biegł, a sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Najbardziej dziwny był brak reakcji osób postronnych. Znieczulica społeczna osiągnęła szczyt, pomyślałem. Tylko rozładowana bateria telefonu uniemożliwiała mi wezwanie odpowiednich służb porządkowych. Postanowiłem jak najlepiej zapamiętać sylwetki tych chuliganów, aby później na spokojnie odtworzyć te dane podczas przesłuchania.
Część grupy ubrana była w maskujące, wojskowe spodnie, kilku z nich wybrało całkowicie czarny ubiór. Dominowały kolory szare i zielone, zorientowałem się wtedy, że mogą planować coś naprawdę poważnego. Tak przecież nie ubiera się zwykły człowiek. Zbrodnia lub przestępstwo czaiły się w powietrzu. Różnorodność tej grupy była ogromna, zdałem sobie sprawę, że lokalna Policja mogłaby mieć problem z zatrzymanie tych łobuzów. Co gorsza pomimo, że część wyglądała na zwykłych meneli to posiadali z pewnością kradzione, dobre rowery. Bez blokady całego miasta ich schwytanie stałoby się niemożliwe. W pewnym momencie w tym tłumie dojrzałem kobiety, na pewno przerażone i niepotrafiące wydostać się z tej feralnej pułapki niewyżytych mężczyzn. Wpadłem na pomysł, udokumentuję ich poczynania, może doprowadzą mnie do swojej kryjówki, a może udaremnię ich niecne plany i złapię zwyrodnialców na gorącym uczynku. Mam charakter tchórza, ale czasem odzywa się we mnie dusza bohatera. Postanowiłem ich śledzić, jeśli tylko się stąd ruszą.
O godzinie 18.40 jeden ze zgromadzonych rozdał wszystkim kartki formatu A4, wyglądały jak tajne instrukcje. Wzrok mój przykuła jedna ze zgromadzonych osób. Był to wysoki, szczupły mężczyzna, ubrany w czarny strój lecz posiadał coś co odróżniało, go od innych – odblaskową kamizelkę. Pomyślałem, że w razie rozdzielenia grupy, będzie to postać najłatwiejsza do śledzenia. Od tego momentu cała moja uwaga skupiła się na jego osobie. Nazywali go Adam, ja też tak o nim będę pisał, chociaż zdaję sobie sprawę, że z pewnością jest to tylko jego pseudonim. Otóż, ów Adam od momentu rozdania "instrukcji" (czy czymkolwiek innym były te kartki) zachowywał się bardzo dziwnie. Zamiast przeczytać otrzymany tekst począł rozdawać dziwne, błyszczące, jakby pokryte specjalną folią karteczki. Przy czym poruszał się dziwnym, trochę koślawym chodem, a jego przygarbiona sylwetka przywodziła mi na myśl Quasimodo. W pewnym momencie wszyscy odjechali i dopiero teraz nasz bohater zdecydował się na przeczytanie tego co otrzymał na kartce. Adam zaczął skrupulatnie studiować swoją ledwo co wyciągniętą z kieszeni mapę i po krótkiej wymianie zdań z przypadkowo spotkaną osobą ruszył na swoim rowerze, a ja ostrożnie za nim.
Najpierw pojechał do dawnej, miejskiej siedziby gestapo. To co on tam wyprawiał wprawiało w zakłopotanie i strach przypadkowych przechodniów. Wyobraźcie sobie, ze ten przerośnięty „kolarz” grzebał w pobliskich śmieciach, przesuwał pamiątkową donicę z kwiatami, a na koniec pobiegł na podwórze kamienicy tylko po to, żeby za chwilę wrócić i odjechać. Ale to dopiero początek, to co się działo dalej to szczyt chamstwa i wynaturzenia. Otóż pognał on na swoim dwukołowym pojeździe na spokojną ulicę Promyka. Tam zaczął biegać dosłownie od słupa do słupa. Przyglądała się temu stojąca naprzeciwko grupka młodzieży relaksująca się przy napojach i prowadząca widocznie ciekawą, bo ożywioną rozmowę. Jego działanie osiągnęło apogeum, gdy rozpoczął wspinanie na jeden z telefonicznych kikutów. „Goryl jakiś!” pomyśleli pewnie zażenowani, przypadkowi widzowie. Tak jak przy „gestapo” Adam odjechał po kilkunastu minutach.
Ulica Wiśniowa, a właściwie jej koniec był świadkiem kolejnych jego chuligańskich wybryków. Znajdują się tam 3 studzienki, nasz bohater począł biegać od jednej do drugiej. W pewnym momencie szykował się do skoku w czeluści jednej z nich, jednak chyba tylko z powodu przypadkowego przebłysku świadomości zrezygnował i oddalił się. To cud, że nic mu się nie stało. Czytelnik z pewnością zada sobie pytanie, po co on to wszystko robił, ja również nie wiem, ale czy ktoś potrafi zrozumieć wariata?
Siostry zakonne na ulicy Żbikowskiej to kolejne ofiary naszego Adama, to co musiały oglądać przez swoje małe, zakratowane okna śni im się jako koszmary pewnie do tej chwili. Przejeżdżający z jednej na drugą stronę jezdni rowerzysta był nie lada wyzwaniem dla pędzących samochodów. Po kilku minutach dopadł pobliski słup, oparł się o niego i zasłaniając widok..., nie mogłem na to patrzeć, ale co on mógł tam innego robić z tym słupem niż... (sami wiecie co mam na myśli). Zezwierzęcenie, totalne porzucenie barier seksualnych i to wszystko pod bramami klasztoru! Dobrze, że ten zboczeniec dosyć szybko ruszył dalej, bo wieczorna modlitwa zakonnic, mogłaby się przerodzić w odprawianie egzorcyzmów.
Widać, że Adamowi nie wystarczyło wystraszenie połowy jednego miasteczka, postanowił uderzyć na stolicę, po drodze zahaczając jeszcze o miasto P. Poruszał się on prawie niewidoczną drogą wśród zamglonych pól, wyglądał jak zjawa, na tym swoim wehikule. Nic dziwnego, że przejeżdżając ze sporą prędkością obok spokojnych strażników miejskich wywołał niemałe poruszenie. Lecz tak szybko jak się pojawił tak zniknął zostawiając stróżów prawa w oniemieniu. Po chwili dotarł do drugiego miasteczka, wtedy dopiero wśród latarni dało się zauważyć, że wyrzucił gdzieś swoją mapę zaśmiecając tym posprzątaną przed Świętem Niepodległości ulicę.
Następnym miejscem jego chuligańskich wybryków był koniec ulicy Jagiełły. O ile z jednej strony tej ulicy co jakiś czas można było zobaczyć przejeżdżających rowerzystów, nasz bohater zabawiał się na jej drugim końcu przed boguduchawinny kierowcą ciężarówki, który odpoczywał po ciężkim dniu w swoim pojeździe. To co tam się działo można nazwać krótko demolką. Latające w powietrzu śmiecie, tłuczone butelki, przekleństwa. Tego ta okolica długo nie widziała i na długo to zapamięta. Niewyżyty, pojechał po chwili na pobliski peron miejskiej kolejki i... wszedł po drabinie na dach dworca kolejowego, czym wywołał blady strach w oczach spokojnych podróżnych, którzy z utęsknieniem wyczekiwali na swój pociąg.
Jemu było wciąż mało, spokojny kiosk obok byłego przedszkola został oszpecony papierem toaletowym, co prawda, gdy Adam się tam zjawił papier już był, ale kto mógł to zrobić jak nie on?! Pewnie sprawdzał stan swojego kiepskiego dowcipu.
Na sam koniec burd w mieście P. przeniósł się na uroczo położony plac Zgody, który był świadkiem raczej niezgody naszego bohatera z porządkiem tego świata. Upatrzył on sobie transformator i zaczął go „badać”. Najpierw spokojnie oglądał go z kilku stron, a na koniec grzebał pod nim, tak jak by chciał go uszkodzić. Na szczęście dla wszystkich okolicznych mieszkańców po kilku minutach zrezygnował. Do katastrofy energetycznej nie doszło.
Spokojna poprzemysłowa dzielnica stolicy była teraz celem naszego zawodnika. Aby się tam dostać przekroczył w niedozwolonym miejscu tory – to chyba było najmniejsze jego wykroczenie tego wieczora i pojechał na... cmentarz. Wiadomo, że taki człowiek nie może mieć szacunku dla zmarłych, ale uszanowałby chociaż miesiąc listopad, czas pamięci po tych którzy odeszli. Ale co tam... jak szalony dotarł w pobliże nekropolii, rzucił w krzaki rower i przebiegł pod krzyż. Krzyż który ma na celu wywołanie zadumy nad naszym życiem nie zrobił na Adamie wrażenia. Wziął tylko leżącą pod nim karteczkę i tyle go widziano w tym miejscu, zmarli mogli "odetchnąć" z ulgą.
Dumne, będące chlubą tego kraju budynki i teren fabryki ciągników rolniczych musiały się zderzyć z tym szaleńcem. Upatrzył on sobie samotnie stojącą wieżę oświetleniową, wbiegł na nią i zaczął majstrować przy skrzynce bezpieczników. Przypatrywał się temu patrol ochrony niemający jednak odwagi przerwać aktu wandalizmu. Zanim przybyły posiłki, wieża była już pusta. Ale Adamowi było mało, po chwili był już na przystanku autobusowym, gdzie dopadł rozkład jazdy. Zaczął się mu bacznie przeglądać. Pewno by go zniszczył, gdyby nie przejeżdżające obok samochody. Opuszczając już ten teren, nagle zatrzymał się, oparł swój rower o barierkę i zbiegł na dół pod wjazd do tunelu znajdującego się pod główną drogą. Tunel na szczęście był zamknięty. Nasz bohater jednak nie dawał za wygraną i poczynał dłubać przy kłódce. Zamknięcie przetrwało chyba najtrudniejszą próbę w swojej historii. Adam, jeszcze bardziej rozwścieczony pobiegł do swojego roweru i ruszył dalej.
Obszar, w którym mieszka mnóstwo starszych osób ceniących spokój długo nie był areną takich wydarzeń jakie teraz nastąpiły. Adam wypatrzył kosz na zamkniętym boisku do koszykówki, co gorsza przyparł do muru dwóch stojących nieopodal młodych rowerzystów tak, że jeden z nich szybko przeskoczył przez płot i przyniósł naszemu bohaterowi jakiś skrawek papieru. Podziękowań ci młodzieńcy nie usłyszeli, za to otrzymali kilka „rad”. Po wszystkim Adam spokojnie odjechał, a młodzi rowerzyści cieszyli się, że uszli z tego incydentu bez szwanku.
Myślicie, że to wszytko na co stać Adama, to się głęboko mylicie. Widząc chyba, że w stolicy nie idzie mu najlepiej postanowił wrócić na swój rewir. Po kilkunastu minutach dotarł pod drzewo, na którym znajdował się wózek z pobliskiego sklepu. Pewnie podobnie jak w przypadku kiosku sprawdzał stan kolejnego ze swoich wybryków. Mocno usatysfakcjonowany pojechał do … szpitala psychiatrycznego. Jego celem było prosektorium. Jedno już tego wieczoru spotkanie ze zmarłymi mu nie wystarczyło. W tajemniczym obrzędzie okrążył dwa razy budynek prosektorium i szybko zniknął wśród drzew udając się gdzieś w kierunku pobliskich mokradeł.
Po dodarciu do rzeki postanowił jechać zgodnie z jej nurtem, ale nagle trafił na profesjonalnie zabezpieczone ogrodzenie. Adam zachowując się jednak irracjonalnie, postanowił sobie poradzić z tym zabezpieczeniem. Jest to solidna przedwojenna konstrukcja, przewidziana do zabezpieczania przed takimi ludźmi jak on. Udał się więc Adam do bramy głównej szpitala i tak okrążając ogrodzenie znalazł się po jej drugiej stronie. Na szczęście dało się u niego zauważyć zmniejszone pokłady agresji, chociaż spokojnym jego zachowania nadal nie można było nazwać.
Najpierw podjął nieudane próby zniszczenia mostku nad rzeką, następnie udał się na plac nazwany placem JP2 i począł skakać po rzeźbie znajdującej obok miejskiej fontanny. W jego zachowaniu jeszcze brakowało chyba tylko interakcji ze zwierzętami. Adam postanowił, więc „zabawić się” nie wiedzieć czemu z... gołębiami. Odnalazł gołębnik, jednak mądre ptaki w porę schowały się wewnątrz i nie dały się wypłoszyć naszemu bohaterowi. Sprytny właściciel gołębnika porządnie zabezpieczył ogrodzenie, aby tacy idioci jak nasz Adam nie mieli satysfakcji z jego sforsowania.
Położona na spokojnym osiedlu ulica Piotrusia musiała jeszcze sprostać wybrykom naszego wybrańca, jednak trwało to zaledwie chwilę, bo jakby pod wpływem nagłego impulsu Adam zawrócił i popędził do najbliższego baru. Tam biegiem wpadł do środka dokończyć swoją orgię.
Mnie natomiast zabrakło odwagi, aby tam wkroczyć. Stałem przed lokalem w zimnie i nasłuchiwałem. Krzyki, jęki, śpiewy, ta charakterystyczna kakofonia świadczyła o odrzuceniu wszelkich barier moralnych wśród klientów lokalu. Zrezygnowany i przerażony udałem się do domu.
Myślę, że każdy kto dotarł do tego miejsca tej relacji zadaje sobie pytanie nad przyczynami zachowania Adama i innych zgromadzonych na dworcu osób. Odpowiem ze swojej, obiektywnej strony, podsumowując krótko to, czego byłem świadkiem. Był to szczyt chuligaństwa, bezmiar głupoty, zachowanie antyspołeczne, antyporządkowe. Zostały złamane wszelkie normy moralne. Było to absolutne wyuzdanie we wszelkiej sferze ludzkiej egzystencji! Jeśli tak samo postępują inni zgromadzeni na dworcu to znak, że nasze miasto jest w głębokim niebezpieczeństwie i kryzysie. Co gorsza "zaraza" się rozprzestrzenia! To, że takiemu Adamowi raz nie udało się zasiać zniszczenia w stolicy to nie znaczy, że drugim razem będzie tak samo!
Sprawdziłem kroniki policyjne, tego feralnego dnia nie zanotowano żadnych zgłoszeń. Świadczy to o tym, że tajemnicza grupa Alleypiast, rządzi naszym miastem i okolicą, a każdy (nawet Policja) kto się jej sprzeciwia może zacząć bać się o swoje zdrowie.
Nie bądźmy obojętni! Załóżmy koalicję antyAlleypiast, aby nasze miasta były znów pełne porządku!
Wstrząśnięty, uważny obserwator
8 listopada 2008
niedziela, 21 września 2008
Refleksja po Desantowym
O Desantowym Alleypiaście, pierwszym alleyu w Błoniu można niewiele powiedzieć, właściwie tylko tyle, że się odbył i że wygrał go Grzesiek. Wartym odnotowania jest również fakt frekwencji – aż 6 osób, z czego ukończyło 5 nie najlepiej świadczy o kondycji samego Alleypiasta.
„Desant to operacja taktyczna przeniesienia wojsk na teren nieprzyjaciela, w celu wykonania określonego zadania, najczęściej opanowania terenu nieprzyjaciela lub uchwycenia punktów o istotnym znaczeniu...” tak brzmiał początek zaproszenia na alleycat. Ciekawie? Dla mnie tak, miałem nadzieję na nową formułę alleycata. Snułem wyobrażenia o czymś w rodzaju zdobywania kolejnych fragmentów miasta poprzez zbierania karteczek. Jak się później okazało moje nadzieje były płonne.
Godzina 6.15 w sobotę to mój przyjazd na dworzec Zachodni w Warszawie, po prawie 12-godzinnej podróży z Karkonoszy do domu. Właśnie alleycat zmotywował nas jeszcze bardziej, aby wrócić już w sobotę. Kilka godzin później znów byłem w pociągu tym razem do Błonia. Czułem się pewnie. Na formę fizyczną nie narzekam, aczkolwiek bywało lepiej, z formą samego roweru nie jest najlepiej, ale nie powinno to specjalnie wpłynąć na mój wynik. Poza tym Błonie trochę poznałem wcześniej, a co w tym momencie wydawało mi się bardzo korzystne dysponowałem dokładną mapą, aż za dokładną...
15.05, czyli 5 minut po godzinie startu na rynku jesteśmy w trójkę – skład karkonoski: Grzesiek, Zajączek i ja. Nie wróży to najlepiej. Pierwsze myśli to pomylenie przez nas terminu alleya. Przez to wszystko nie sprawdziliśmy kiedy tak naprawdę wyścig miał się odbyć, kiedyś słyszeliśmy o sobocie, ale tak naprawdę mogła to być niedziela. Długo nie trwały nasze wątpliwości, gdy po chwili ujrzeliśmy głównego organizatora – Kemota, a zaraz za nim Magdę i Roberta. Musieliśmy jeszcze chwilę poczekać na spóźnionego Bartka.
Po otrzymaniu manifestu spotkało mnie zaskoczenie. Ot, po prostu podane zostały (raczej) przypadkowe punkty, które trzeba po prostu zdobyć. Inwencja autorów składała się tylko z doboru odpowiednich miejscówek tak, aby utrudnić ich zdobycie oraz wymyślenie zadania specjalnego – pytania na które odpowiedź miała dać bonus w postaci odjęcia 10 minut. Jeszcze w tym momencie miałem trochę nadziei na to, że alleypiast w Błoniu będzie opierał się na czymś więcej niż tylko zdobywaniu punktów. Rozpocząłem więc nanoszenie lokalizacji na swoją mapę, tradycyjnie nie do końca słuchając organizatorów :(
Start, ruszam razem z Zajączkiem od razu go wyprzedzając. Punkty robię w kolejności: kapliczka na skrzyżowaniu Poniatowskiego i Naokowskiego, krzyż przydrożny w Rokitnie, kładka nad torami przy skrzyżowaniu Łąki/Poniatowskiego. Nie miałem specjalnych problemów ze znalezieniem kodów, ale trochę deprymujące było ściganie się z Zajączkiem, który dojeżdżając na punkt za mną już nie musiał szukać karteczek :) Po zdobyciu płotu przy KS Błonianka pojechałem na latarnię na ulicy Uśmiech. Następnym punktem miała być stacja energetyczna – Grodziska 17. Tutaj chyba pogrzebałem szanse na zwycięstwo. Przejechałem przez tory, w pobliże miejskiego parku, bo tam na mapie miałem numery domów w okolicach 17, ale tylko te parzyste. Kręciłem się nawet po samym parku miejskim, dwa razy przejeżdżając przez mostek na którym był punkt. To był kolejny błąd który wpłynął na moją porażkę – zapomniałem zupełnie o tym punkcie, że mam go zdobyć zauważyłem, dopiero pod koniec co zaowocowało sporym nadrabianiem dystansu w końcówce. Nie wytrzymałem, skruszony zadzwoniłem do organizatora o podanie wskazówki co do lokalizacji owej stacji. Rezultatem krótkiej dyskusji była informacja, że muszę znowu przejechać przez tory, aż po samą granicę miasta, echh...
Wreszcie po znalezieniu punktu myślałem, że to będzie koniec moich problemów. Bieniewice i Nepomuk, miejsce w miarę znajome, pognałem z całych sił, akurat zaczął padać deszcz, pomyślałem, że to może działać tylko na moją korzyść. W połowie drogi mijam Zajączka, którego nie widziałem już jakiś czas. Byłem zły na siebie, jeśli z nim się ścigałem na początku, to pewnie teraz jest już o jeden punkt przede mną. Przy figurce spotykam Magdę i Roberta, którzy zdegustowaniu rezygnują po długich poszukiwaniach karteczek, postanowiłem obejść dwa razy punkt – może mi się poszczęści – niestety nie. Właściwie zwyciężyło przekonanie, że jeśli już dwie pary oczy spędziły na tym punkcie trochę czasu bez powodzenia to ja tym bardziej nic nie znajdę. Dalej miało być łatwo - 3 punkty i meta. Najpierw kapliczka w Piorunowie - z Nepomuka pojechałem prostu przez Bieniewice. W pewnym momencie przypomniałem sobie o punkcie w parku miejskim, czyli moja przewidywana trasa zwiększyła się dodatkowo o około 1,5 km. Końcówka to punkt na Sparagi i na plaży miejskiej naprzeciwko Straży Pożarnej. Gdy znalazłem się przy mleczarni na ulicy Passowskiej odnalazłem karteczkę ze strzałką i napisem „STRUSIE”. Jadąc zgodnie z kierunkiem dojechałem do wielkiego banneru reklamującego fermę strusiową – mety jednak tam nie było. Około 5 minut kręciłem się w tą i z powrotem, aż zdecydowałem się wykonać po raz drugi telefon do organizatora. W ten sposób trafiłem na metę, wjeżdżając wraz z Zajączkiem, który już wiedział gdzie jechać.
Na mecie próbowałem jeszcze znaleźć odpowiedź na pytanie bonusowe o miasto partnerskie Błonia. Jednak i moja „za dokładna” mapa poległa na tym zadaniu. 10 minut później na mecie zjawił się Grzesiek, który znając odpowiedź na owe pytanie zgarnął mi zwycięstwo sprzed nosa.
Podsumowując sam wyścig: Jeśli to miała być reklamówka Alleypiasta na nowym terenie to nią nie była. Przykro mi to mówić, ale jakbym pierwszy raz znalazł się na takim wyścigu to raczej następnym razem bym już nie przyjechał. Czemu? Bo, sam alleycat nie był wg mnie do końca przemyślany, Punkty były przypadkowe. Już nie chodzi o fabułę, ale przecież nowe miasto zawsze rodzi nowe okazje do oryginalnych miejsc, a współorganizowanie wyścigu przez rodowitego mieszkańca Błonia powinno takimi miejscami zaowocować. W ostateczności można było się pokusić o wyścig tematyczny np. same kapliczki. Mnie alleycat do Błonia nie przekonał, a jak już wspominałem na początku trochę znam tę miejscowość i wiem, że ma potencjał jeśli chodzi o klimat alleypiastowo-waypointowy. Pozytywem można jednak określić tradycyjną imprezę powyścigową, za to należą się brawa, gdyby tylko jeszcze wiatr nie zwiewał dymu ogniskowego na wiatę ;)
Podsumowując mój start: Dla mnie porażka. Ostatnio zauważam, że popełniam głupie błędy nawigacyjne, no i tym razem tego typu problemy się pojawiły :( Dwa telefony do organizatora, nieznalezienie jednego punktu powinno zdecydować o dużo gorszym miejscu niż drugie...
Podsumowując tę relację: Nie jest ona atakiem na nikogo. Po prostu bądźmy wobec siebie krytyczni. Mi się alleycat nie podobał i tego nie ukrywam, nie wiem czy potrafiłbym zrobić lepszy, wyścig ale wydaje mi się, że mały nakładem sił można byłoby zorganizować coś dużo ciekawszego. Sam mam niewielkie doświadczenie w organizowaniu – raptem 2 alleycata, z których żaden nie obył się bez błędów.
Zauważymy poza tym ciekawą tendencję, na wyścig przyjechali tylko najbardziej zawzięci uczestnicy. Nowych twarzy mamy jak na lekarstwo, widać nie pociąga ich coś takiego jak Alleypiast. Zastanówmy się dlaczego, czy aby przyczyną tego nie jest to, że alleycaty się starzeją i brak nam świeżych i atrakcyjnych pomysłów na ich formułę?
piątek, 29 sierpnia 2008
Konkurs na logo Alleypiasta!
Już wkrótce pięciolecie Alleypiasta! Znakomita okazja, żeby uformowaną przez prawie 40 wyścigów ideę skompresować w zwięzłej formie graficznej.
Uruchamiamy temat wśród znajomych i nieznajomych, dawnych alleycatowych działaczy i aktywnych rowerowych grafików i przede wszystkim - osobiście podejmujemy wyzwanie! 5 października podsumowanie zebranych projektów.
Zasady:
Konkurs ma na celu wybór oryginalnego znaku graficznego dla imprez spod znaku Alleypiasta.
1. Konkurs trwa od 26.08.2008 do 5.10.2008. W tym czasie można zgłaszać prace.
2. Projekt powinien być przesłany w wersji wektorowej na adres logo@alleypiast.waw.pl
3. Prace może zgłaszać dowolna osoba.
4. Liczba projektów zgłoszonych przez jedną osobę jest nieograniczona.
5. Wyłonienie zwycięskiego projektu nastąpi w drodze głosowania trwającego od 6.10.2008 do 12.10.2008 na Forum Alleypiasta.
6. Głosować może każdy uczestnik Alleypiasta, który do 5.10.2008 będzie zarejestrowanym użytkownikiem Forum Alleypiasta.
7. Każdy głosujący oddaje jeden głos na dowolnie wybrany projekt lub dotychczasową wersję logo.
8. Projekt, który otrzyma największą liczbę głosów, zostaje Logo Alleypiasta.
9. Nagradzani są autorzy trzech projektów o największej liczbie głosów.
10. W przypadku uzyskania tej samej liczby głosów na miejscach 1, 2, 3, na kolejny tydzień ogłaszane jest głosowanie uzupełniające, w którym biorą udział projekty w obrębie danego miejsca "ex equo".
11. Nagrodą główną w konkursie jest koszulka z nadrukowanym zwycięskim logo i dodatkowymi motywami (wg uznania zwycięzcy). Kolor i rozmiar do uzgodnienia.
Od dłuższego coraz bardziej identyfikuje się z Alleypiastem, a właściwie z grupą ludzi spod znaku Alleypiasta. Od dłuższego też czasu uważam, że Alleypiast powinien iść do przodu i przerodzić się w coś większego. To "coś" jest obecnie bliżej nieokreślone, ale to nie przeszkadza poczynić kroków dążących do wyniesienia Alleypiasta ponad tło wyłącznie wyścigowe.
Dzięki takim ludziom jak Zerozeroseven, Grzesiek, Kemot, Magda i inni rodzą się wśród nas nowe pomysły, ale one nie tylko zostają w naszych głowach. Nasz upór powoduje, że się urzeczywistniają. WaypointRace, WaypointGame, Wyprawy WPG to wszystko efekt ostatniego roku i znak, że mamy ogromne ambicje i ogromny potencjał.
Uważam, że te wszystkie inicjatywy powinny integrować się pod współną marką, aby dla osób zewnątrz nie były oddzielnymi tworami robionymi przez anonimowych ludzi, ale inicjatywami grupy Alleypiast!
Myślę, że wszyscy się zgodzimy, że w tej chwili Alleypiast to też sposób na życie. Pierwszy raz wspominał o tym 007 jeszcze rok temu, ale wtedy mało kto to odczuwał i rozumiał. Jak określić ten styl życia... To jest cel dla twórców nowego logo. W mojej ocenie wygra ten znak który w możliwie najprostszy sposób przedstawi to co cechuje Alleypiasta - właśnie ten sposób na życie. Dla mnie jest to przede wszystkim otwartość na ludzi, na lokalne problemy, zainteresowanie tym co się dzieje w naszej małej ojczyźnie, ale też współuczestniczenie i kreawanie inicjatyw społecznych mających na celu promocję aktywnego sposoby spędzania czasu, regionu i przede wszystkim roweru :)
Powyższe opinie są moimi własnymi, ale zapraszam do dyskusji (najlepiej na forum Alleypiasta)
niedziela, 3 sierpnia 2008
Alleypiast Mostówka

Zajęliśmy razem z Lewanem 2 miejsce, ulegając tylko dwóm OGRom. Błędów nawigacyjnych większych nie było. Dojazd na miejsce wykonaliśmy rowerowo przez Górę Kalwarię. W sumie dystans wyniósł 63 (dojazd) + 40 (alley) km.
Wielkie podziękowania dla Zajączka, za naprawdę profesjonalne podejście do organizacji. Wszystkie punkty były na swoim miejscu, trasa urozmaicona i ciekawa. Może jakby przed startem dać około 5 minut na zapoznanie się z trasą wtedy mogły by się trochę wyrównać szanse pomiędzy osobami tutejszymi a przyjezdnymi. Ale poza tym tak jak mówiłem - SUPER!
MAPA
GALERIA
Wkrótce bogata dokumentacja video!
poniedziałek, 7 lipca 2008
Szczęsliwe zwycięstwo
Moim zwycięstwem zakończył się alleypiast "Poznaj Brwinów i okolice". Od sobotniego poranku aura starała dorównać tej z poprzedniego roku, z brwinowskiego Vampa. A co to wtedy był za wyścig... Jak dla mnie najlepszym pod względem sportowym, ścigania było mnóstwo i no ten nieustanny deszcz. Teraz było podobnie z tym, że chłodniej. Dlatego postanowiłem się cieplej ubrać, co w moim przypadku znaczy założyć kurtkę przeciwdeszczową. Ponadto przygotowałem sobie swoją mapę Brwinowa, pomimo, że mapy miały być zapewnione, coś czułem, że dzięki indywidualnemu podejściu do problemu zyskam pewną przewagę nad konkurentami. Jeszcze przed startem wszem i wobec ogłaszałem zbliżające się moje zwycięstwo (już rezerwowałem nagrodę). Intuicja mi mówiła, że w takich warunkach mam duże szanse. Poza tym do trzech razy sztuka, na dwóch poprzednich alleyach od zwycięstwa dzieliła mnie przysłowiowa "długośc koła" ;)
15.50 jesteśmy z Grześkiem na starcie. Już pada, na miejscu garstka rowerzystów, w większości nowe twarze - "tak jak rok temu" pomyślałem, "oby tylko nie byli tak sprytni niż pamiętne dziewczyny z Vampa, które prowadziły przez część wyścigu do momentu gdy... postamowiły pojechać do domu...". Deszcz padał coraz bardziej, opóźnienie wzrastało, co kilkanaście minut pojawiali się nowi zawodnicy. Po godzinie od planowanego startu zjawia się organizator - Dyziek, to nie taki zły wynik :) Zaskoczenie, nie ma punktów naniesionych na mapy. Dezyzja jest taka, aby wspólnie te punkty nanieść przed startem. Ta żmudna procedura znaczenie się przedłużyła, tak że start wypadł na godzinę 17:15.
20 punktów mogło przyprawić o zawrót głowy, ale ja w tym bałaganie zobaczyłem sens. Trasa była dla mnie wybitnie liniowa. Postanowiłem sobie ułożyć plan przejazdu w taki sposób, aby optymalnie przejechac wszystkie punkty. Wtem dotarła do mnie informacja o limicie czasu, który wynosił - 1:30. Nutka zwątpienia pojawiła się w mojej głowie, "czy dam radę?". W momencie startu słabo w to wierzyłem, ale postanowiłem nie zmieniać trasy, "najwyżej będę zmieniał w trakcie" - ostateczna decyzja.
Start! Pędzę na lotnisko parzeniewskie. Nie oglądam sie za siebie, więc nie wiem kto jedzie za mną. Później już na błocie orientuję się, że ścigają mnie Lewan, Grzesiek i Kosu. Na lotnisku jestem pierwszy. Zyskuję trochę przewagi z racji tego, że zaliczanie punktu trochę trwało (zerwanie kartki, zamazanie pola flamastrem). Następnymi punktami wg planu miały być dwie lokalizacje w Pszczelinie, już przed asfaltem dogania mnie Lewan, lecz ku mojemu zdziwieniu skręca od razu na Otrębusy. Próbowałem w tym momencie rozgryźc jego strategię, ale nic mi nie przychodziło do głowy, co jeszcze bardziej mnie zaniepokoiło. Pszczelin zrobiłem bez większych problemów i wyjeżdżając w kierunku Otrębus minąłem się z Grześkiem.
Południowe punkty poszłyby gładko, gdyby nie problem z Wiejską w Otrębusach, która została już zabudowana. Na pocieszenie widziałem ślady zawracającego Lewana, więc on też wpadł w tę pułapkę. Pozbierałem dziewiętnastki i popędziłem do Brwinowa. Na dwóch pierwszych miejskich punktach: przedszkole i dom ku mojemu zdziwieniu zainkasowałem 2x20 pkt. Były to moje ostatnie dwudziestki tego dnia. Dalej zagłębiam się w Brwinów, przy następnym przedszkolu mijam grupkę na czele z Pslowikiem . Nadal idzie wyjątkowo gładko, chociaż punkty są już przetrzebione. trochę problemów sprawił mi peron, ponieważ jakoś sobie ubzdurałem że punkt będzie bliżej Milanówka. Z pomocą przyszedł Lewan, który jechał od strony... Pruszkowa. Trochę mnie to zamurowało, "no ale każdy ma swój plan na zwycięstwo" pomyślałem. W tym momencie zacząłem analizować dalszy plan gry, miałem jeszcze cień nadziei na zrobienie wszystkich punktów, ale czasu pozostawało mało. Postanowiłem podjąć ostateczną decyzję po zrobieniu dwóch najbliższych.
Stadion i ogródki działkowe znowu nie sprawiły mi problemu, niestety uzbierałem na nich mało punktów. Teraz postanowiłem spróbować zaatakowac mostek na Zimnej Wodzie. Jak się wkrótce akazało, zbytne zaufanie swojej mapie może prowadzić do porażki. Pierwszy błąd: z "ogródków" pojechałem na północ, bo wg mapy powinna być droga w lewo - nie było (strata ok. 4 minut). Drugi błąd: wg mapy ulica Żółwia powinna się łączyć z Mickiewicz (strata ok. 3 minut). Decyzja pozostała jedna: opuszczam mostek na Zimnej Wodzie.
Następnie wróciłem do centrum, aby zrobić dwa punkty w miejskim parku. Trochę problemów sprawił mi pałac (ten pierwszy - bliżej torów), szukanie punktu umilały gorące rytmy disco polo.
Wyjeżdżając z parku miałem 18 minut do końca limitu. Postanowiłem, że na powrót poświęcę 10 minut, tak, że zostało mi 8 na zrobienie kilku punktów. Niestety droga się dłużyła, z jednej strony wiatr w twarz, z drugiej głębokie kałuże. Przed bramą SGGW napotykam Grześka, wymiana uwag i informacja: "tylko do Glinianek jedź prosto, a nie w prawo". Nie wiem w jaki sposób moja podświadomość to odebrała, ale pojechałem w prawo, wcześniej zaliczając jeszcze przejazd kolejowy.
Jak się później okazało w tym momencie miałem dużo szczęścia. Skręciłem przy gliniankach w prawo i rozględając się za punktem powoli jechałem. Ścieżka, a właście udeptana trawa coraz bardziej zanikała. Straciłem już nadzieję, na znalezienie glinianki i miałem wracać, gdy zobaczyłem przed sobą starszego tubylca. Zdziwiła mnie jego obecność, ale jeśli on idzie na wschód to pewnie gdzieś wyjadę. "Do szosy dojedzie", usłyszałem "300 metrów jeszcze". To mnie uratowało, ponieważ powrót w tej chwili spowodowałby nie zmieszczenie się w limicie. Zgodnie ze wskazówkami dojechałem do Grodziskiej, okazało się, że mam jeszcze 7 minut. Postanowiłem zaliczyć Stawisko, gdzie spotkałem Lewana. Wróciliśmy razem, tak jak razem jechaliśmy na początku.
Ostateczne wyniki mnie bardzo zdziwiły, nowa zawodniczka Marlena uzyskała 288 pkt, czyli o 6 mniej niż ja, odwiedzając 4 punkty mniej. Marlena jechała w grupie z zawodnikami: Pslowik, Wiewórka, Zosia, Robert. Postanowili oni zacząć od centrum Brwinowa zbierając dużo punktów. Z prostych kalkulacji wynika, że gdyby w tej grupie znalazł się jeszcze jeden zawodnik, nie wygrałbym. Ponadto ogromne znaczenie dla mojego zwycięstwa miało zrobienie Stawiska, w końcowej fazie zupełnie nie planowane.
Mój brak kalkulacji na starcie ("robię wszystkie punkty") tym razem nie był najlepszą taktyką.
Wyświetl większą mapę
Oficjalna galeria
niedziela, 22 czerwca 2008
Europiast, czyli jak nie wygrać wygranego alleya
Wyświetl większą mapę
Sobota (21.06.2008) powitała mnie słoneczną pogodą, która zachęcała do rowerowania. Po eksploracyjnej nocy wstałem trochę późno, ale takich okazji się nie przepuszcza. O 11.10 byłem już na swoim stalowym rumaku podążając we wcześniej zaplanowanym kierunku.
Co prawda nie o tym jest ten tekst, ale muszę zrobić tło do dalszych wydarzeń. Wycieczka przebiegała bez większych problemów, chociaż przez pierwsze 30 km, przeszkadzał wiatr w twarz. Pruszków, Grodzisk, Jaktorów, Kopiska, Kukłowka Zarzeczna, Grzmiąca, Nadarzyn to miejscowości które tego dnia mijałem. Tempem wyścigowym dotarłem do komorowskiej szkoły. Dystans 73 km, średnia 27,2 km/h.
Jest godzina 14.15, ja padam z nóg - na szczęście nie ma jeszcze zawodników. Staram się posilić i uzupełnić płyny, energia wraca. Przed 15 jest znowu jestem na miejscu zbiórki, grupka przeciwników już oczekuje. W trakcie jak następni zawodnicy przyjeżdżali, starałem się zrobić jak najgorsze wrażenie. Wspominałem dużo o tym, że jestem wyczerpany, że nie dam rady itd. Cel był prosty, chciałem koniecznie wygrać Europiasta, ale nie mogłem sobie pozwolić na złapanie jakiegoś aliena. Myślę, że po części moje starania odniosły skutek i przeciwnicy nie widzieli we mnie zagrożenia :)
W trakcie jak spóźnienie startu narastało coraz bardziej żałowałem, że jeszcze nie pojechałem do domu i nie zostawiłem "bagaży" z wyprawy.
Po otrzymaniu manifestu przeraziła mnie ilość tekstu do przeczytania. Po dwukrotnym przeczytaniu nadal do końca nie rozumiałem o co chodzi. Obok mnie stoi 007, również dosyć skonsternowany. Jedno było pewne trzeba zdobyć 11 wybranych punktów. Lokalizacje trochę dziwią, ale myślę sobie, że to dodatkowa szansa dla mnie.
Teraz czas na małą dygresję. Ktoś kiedyś powiedział, że w alleyu wygrywa ten kto popełni jak najmniej błędów....
Chyba jednak ja to powiedziałem ;) W każdym razie ja tego dnia popełniłem za dużo błędów i na nich postaram się oprzeć moją relację.
Błąd nr 1: Nie zapytałem się co jest priorytetem: liczba zdobytych punktów, czy zmieszczenie się w limicie czasu (2h). Jak się później okaże, miało to brzemienne skutki co do przebiegu wyścigu.
Wracając do przebiegu rywalizacji, czytam lokalizacje i próbuję je znaleźć na mapie. Najgorsze jest to, że połowy ulic nie mam na mapie. Wybieram lokalizacje pewne, do tego dorzucam Wolicę - i tak nie mam wyboru. W międzyczasie część zawodników rusza, co bardziej mnie determinuje do szybkiego startu. W końcu podejmuję decyzję, jakoś to będzie wybieram pierwsze 4 punkty. Dalej będę myślał na trasie.
Błąd nr 2: Wyjechałem nie znając nawet przybliżonego położenie kilku punktów.
Komorów, przychodnia na Turkusowej. Punkt znam, więc jest łatwo. Jadę za Filipem, ale go przechytrzyłem gdy on skręcił w niewłaściwą stronę. Na punkcie jestem pierwszy, zaraz dobiega Kosu, Lewan, Góra oraz Filip. W oddali wyłaniał się 007. Z punktu wyjeżdżam pierwszy, ale zaraz wyprzedza mnie Filip na ostrym, natomiast na ogonie siedzi mi Kosu. W takim zestawieniu jedziemy na Pęcice. Tracę powoli dystans.
Mały błąd nr 3: Nie zamknąłem blokady amortyzatora. ;)
Moim celem była Leśna w Pęcicach. Był jednak mały problem. Nie znałem jej położenia. Nagle za mostkiem nad Utratą widzę skręt w prawo i ulicę Leśną. Filip pojechał w lewo, ja skręcam, za mną Kosu. Postanawiam się sprzymierzyć na krótko z alienem (taktyka zerozerosevena). Szybko znajdujemy punkt. Dalej na Wolicę. Wybieram trasę przez las.
Błąd nr 4: Jadę na pamięć, przez co zamiast w Wolicy wylądowaliśmy w niejakim Cesinie.
O błędzie dowiedziałem się po tym jak pobliscy mieszkańcy nie mieli pojęcia o Ogrodowej i Zielonej. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że nie jest dobrze (jakoś tak mam, że jestem pesymistą). Zasuwamy z Kosem w kierunku Wolicy, dojeżdżamy do asfaltu, przed nami wyłania się Filip. zadowolony, że znalazł jeden punkt. My szukamy Ogrodowej, później się okazało, że na niej właśnie jesteśmy. W końcu kilka przecznic dalej pytamy się miejscowych, no i wszytsko jasne. Dojeżdżamy do Zielonej. Decyzja, ja jadę w prawo, Kosu w lewo. Mijam Kemota schodzącego z ambony, w oddali widzę już znak, ale dystans się dłuży. W drodze powrotnej mijam grupkę z Kosem, Lewanem, Górą i Kemotem zadowolonych po zdobyciu szlabanu na Ogrodowej.
Nie jest dobrze, znowu myśle, ale z drugiej strony, wreszcie jadę sam. Teraz wszystko w moich rękach, a właściwie w nogach. Szlaban na Ogrodowej zdobyty bez problemu. Następnym punktem miała byc Zielona w Komorowie. Musiałem podjąć jakieś ryzyko, aby zyskać trochę dystansu. Postanowiłem jechać prosto przez las. Nie znając tej drogi. Ryzyko się opłaciło. Pedałuję ile sił, ale pojawiają się pierwsze oznaki zmęczenia. Jest wreszcie zalew i zaraz jest Zielona. W tym miejscu kilka minut odpoczynku i planowanie dalszej trasy. W końcu mam, zaczynam od Kań. Docieram tam Reja przez Komorów, Nową Wieś, dalej prosto do torów WKD. Wiem, że ten skrót nie jest popularny wśród alleyowiczów, tak więc jest szansa na zyskanie dystansu. W Kaniach celem jest Wspólna. Na szczęście przy przejeździe jest plan wsi. Ulica namierzona. Na miejscu, po dwukrotnym przejechaniu wzdłuż, nie znalazłem fragmentu bramki.
Nie jest dobrze, myślę po raz trzeci. Zmieniam plany, na szczęście alternatywa do tej pozycji nie jest daleko - ulica Wiewiórek. Docieram na miejsce bez większych problemów, również karteczki łatwo wpadły w moje ręce. Nastał czas bardziej zagłębić się w Podkowę i zaliczyć skrzyżowanie Ptasiej i Słowiczej. W tym miejscu, zdaję sobie sprawę, że mam mało czasu, muszę coś opuścić, stawiam na Krótką w Żółwinie.
Ogromny błąd nr 5: Nie dość, że najważniejsze było zdobyć wszystkie punkty, to Krótką miałem na mapie, tylko jej po prostu nie zauważyłem. Co jeszcze bardziej tragiczne, znajdowała się ona bardzo blisko mojego następnego punktu.
Na skrzyżowanie Sienkiewicza i Prusa docieram nad zwyczaj szybko, tam wypijam kilka łuków zapasu tygodniowego carbo z bidonu. Nigdy wcześniej mi ten napój tak nie smakował.
Dalej ulica Bórówki w Otrębusach. Postanowiłem wtedy wykonać telefon do organizatorki, aby upewnić się co do czasu, że też wtedy nie zapytałem się o zasady...
Mały błąd nr 6: Nigdy nie czytaj mapy z jednej ręki, jadąc powoli po piachu. Na szczęście skończyło się tylko na skręconym siodełku. :)
Po "borówkach" postanowiłem jeszcze w drodze na metę spróbować zlokalizować Dolną w Strzeniówce i tamże znajdujący się staw. Podejmuję ryzyko i próbuję ciąć przez las, ścieżka się dłuży, ale wyskakuję na asfalt tuż przed grupą zawodników. W Strzeniówce na szczęście jest plan wsi. Trochę dziwnie zorientowany, ale Dolną namierzyłem. Zostało coś koło 5 minut do limitu. Dlatego nic innego się w tym czasie nie liczyło, jak tylko mocne pedałowanie. Jest i Dolna, od "progu" wita mnie przyjaźnie nastawiony pies i prowadzi mnie pod sam staw. Kiedy zawijam się spowrotem, zwierzę przemienia się w bestię i wydając przeraźliwie odgłosy zaczyna wyrywać mi kawałki skóry z nóg, Próbuję szybszym pedałowaniem zmusić bestię do puszczenia mojej kostki. Dopiero po pewnym czasie się to udało, z przeciwka widzę grupę przeciwników, którą prowadzi Grzesiek, przekazuję ostrzeżenie i wyskakuję na asfalt. W tym momencie zdaję sobie sprawę, że tracę krew. Meta na szczęście nie daleko. Na miejscu jestem pierwszy z zawodników. Szybko okazuje się jak bardzo się myliłem, co do tego, że liczy się limit czasu.
W sumie 6 błędów, które zaważyły o tym, że nie wygrałem.
Tradycyjne podziękowania, tym razem ogromne należą się MAGDZIE. Za niekonwencjonalne podejście do alleya i za fachową opiekę pielęgniarską.
Dziękuję!
PS: Na "brwinowskim" jestem pierwszy ;)
sobota, 17 maja 2008
Alleycat Niezapominajka
Alleypiast Niezapominajka – nie zapomnij powiedzieć znajomym!
sobota, 22 marca 2008
Zakończenie Pucharu Alleypiast
Powyżej miejsca, które zajmowałem w alleyach minionego Pucharu. Tak się przypadku złożyło, że punkty zdobyte podczas poszczególnych wyścigów wystarczyły mi do zajęcia pierwszego miejsca w klasyfikacji generalnej. Poniżej ostateczna klasyfikacja (dokument autorstwa Grześka):
PUCHAR
Krótka statystyka:
- Ilość wyścigów - 11
- Ilość wszystkich uczestników - 55
- Ilość zawodniczek - 6
- Średnia ilość zawodników na alleyu: - 16,2
- Najbardziej liczny alley - KOLEJny (25)
- Najmniej liczny alley - Wyścig Kurierów (8)
- Najwięcej DNFfów - Vamp (10)
- Najwięcej zwycięstw - zerozeroseven (4)
- 100% frekwencja - Grzesiek, Darek Klemens
- Najkrótszy alley (po czasie zwycięscy) - Wyścig Kurierów (0:59)
- Najdłuższy alley (po czasie zwycięścy) - Vamp (3:44)
czwartek, 21 lutego 2008
Orientacyjny Alleypiast - opis
Głównym celem alleya podczas jego tworzenia, oprócz zapewnienia możliwości sportowej rywalizacji na trasie było zapoznanie zawodników z Ożarowem Mazowieckim i jego tajemnicami. Formułę wyścigu starałem się tak wymyślić, aby nie zniechęcić potencjalnych nowicjuszy w alleypiastowych zmaganiach. Również wczesna godzina wyścigu temu sprzyjała. Niestety mój chytry plan zawiódł przez fatalną pogodę, a właściwie porywisty wicher.
Dziewięciu śmiałków na starcie otrzymało dwie karty:
MANIFEST
KARTA STARTOWA, która zawierała 10 pytań na które odpowiedzi znajdowały się na punktach.
W celu uniemożliwienia zawodnikom zaplanowania trasy już na starcie, postanowiłem usunąć z mapy 5 fragmentów, który następnie należało znaleźć. Wskazówkę na ten temat ukryłem niedaleko mostku na Żbikówce.
ŻBIKÓWKA
Odnalezienie naklejek z fragmentami mapy wymagało umiejętności liczenia do pięciu, co jak się później okazało sprawiało kilku zawodnikom nie lada trudności.
FRAGMENTY
W tym momencie zawodnicy powinni mieć skompletowany cały zestaw startowy i przystępować do frontalnego ataku na Ożarów. Do zdobycia było 10 punktów + waypoint dla chętnych na 10 punkcie. 3 z 10 punktów były nieobowiązkowe i stanowiły bonus w postaci odjęcia 10 minut od czasu końcowego za każdy zrobiony nadmiarowy punkt.
Poniżej opiszę alleyowe punkty w kolejności w jakiej zostały opisane na karcie startowej. Natomiast kolejność ich zdobywania zależała od indywidualnego "widzi mi się" każdego zawodnika.
5. Pustostan
6. Brama kolejowa
7. Rampa kolejowa
Ożarów uzyskał połączenie kolejowe w 1903 roku.Fabryka Kabli i Walcownia Miedzi powstały w 1929 roku. Tablica pamiątkowa na cześć ich założyciela znajduje się na budynku przy bramie wjazdowej na teren zakładu.
Znajdujesz się obok Kanału Ożarowskiego. Ma on ponad 70 lat i jest głównym odbiornikiem wód gruntowych gminy Ożarów Mazowiecki. Stanowi on jeden z dopływów Utraty. Długość kanału: 17,48 km
Obok jedna z przedwojennych willi. Powstały one po tym jak w 1911 roku powstała Spółka Akcyjna Miasto-Ogród, która odkupiła od poprzednich właścicieli 60 mórg ziemi i rozparcelowała je na 142 działki.

DYPLOM
WYNIKI
Relacje:
Grześka
Zerozerosevena
Galerie
Z rekonesansu przedalleyowego
Z ustawiania punktów
poniedziałek, 18 lutego 2008
Nie wszyscy zorientowani...
Dla wszystkich zawodników jeszcze raz wielkie gratulację.
Dziękuję za dobre słowo na mecie i po wyścigu. Zapraszam na następnego swojego alleypiasta, którego planuję zorganizować w czerwcu. Do zobaczenia już w marcu na kolejnym alleyu.
1. 007 - 1:00
2. Dyziek - 1:13
2. Grzesiek - 1:13
2. Lewan - 1:13
5. Kogut - 1:42
6. Kosu - 1:43
T.Pietrzyk - DNF
CBULL - DNF
Darek Klemens - DNF
Wkrótce na blogu pojawi się szczegółowy opis alleya. Zapraszam
niedziela, 17 lutego 2008
Orientacyjny Alleypiast - ogłoszenie
Staw się 17 lutego 2008 r. (niedziela) o godzinie 14.00 na pętli autobusowej w Piastowie. Weź udział w zabawie (wyścigu rowerowym) Orientacyjny Alleypiast. Przewidziano wiele atrakcji: nietypową trasę (polem walki będzie Ożarów Mazowiecki - każdy zawodnik otrzyma plan miasta), zagadki na punktach kontrolnych, charyzmatycznego organizatora wink Ponadto dla zwycięzców nagrody i dyplomy.
Co musisz wziąć: dobry humor, rower, długopis, 5 zł wpisowego.
Dla wszystkich uczestników pamiątkowe szprychówki.
Lokalizacja startu: MAPA
wtorek, 5 lutego 2008
Orientacyjny Alleypiast
Dzisiaj również odbyłem wyprawę w celu zbadania tajemnicy beczek, która królowała w środowisku Waypointgame w zeszłym sezonie. Nie udało mi się jednak rozwikłać tej zagadki, co więcej sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej - znalazłem skupisko kilkunastu beczek! Oczekujcie już wkrótce waypointa z tego tajemniczego miejsca.
czwartek, 17 stycznia 2008
Relacja z alleya!
13 stycznia 2008 roku wcale nie okazał się dla mnie pechowy. Dzień zakończyłem wygraną w wielkoorkiestrowym alleyu!
Zbiórka ustalona na godzinę 18.00 przed dworcem kolejowym w Piastowie jak zwykle się przedłużyła. Mi też się udało do tego przyczynić – obsuwa o ok. 10 minut, na szczęście byli bardziej spóźnieni ;) Pierwsza informacja od organizatora nie brzmiała zachęcająco – każdy jedzie sam. No cóż... trzeba się dostosować. Zacząłem grzebać w pamięci, kiedy ostatni raz jechałem sam na alleyu. Jeśli się nie mylę, było to ponad rok temu, na Ucieczce (chociaż przez mały fragment jechałem wtedy z zerozerosevenem, a sam początek z Lewanem). To dobry znak, przecież Ucieczkę wygrałem. Jednak nie byłem do końca pewien swoich możliwości.
Mottem wyścigu był powrót do korzeni, jakimi są wyścigi kurierów rowerowych. W tym przypadku, niestety nielicznej grupie zawodników – 9 sztuk przypadło w roli dostarczenie do bazy (miejsce startu) 7 przesyłek, które czekały rozsiane po całym Piastowie. Prawie każdy z zawodników dostał pierwszą lokalizację gdzie indziej, mi się trafiła Szkoła Podstawowa nr 4, później okazało się że Grzesiek też musiał tam na początku pojechać.
Po starcie od razu udałem się na wiadukt, za wiaduktem skręciłem w lewo w Warszawską, żeby później jechać obok Chemika i skręcić w Piłsudskiego. Był to mój jedyny tego wieczoru nie do końca optymalny dobór trasy. Na szczęście bez konsekwencji :) Punkt na miejscu odnaleziony bez problemu, tak jak zresztą każdy następny – pod tym względem szło mi rewelacyjnie.
Po powrocie na start dostałem zlecenie na SP5, co mnie trochę zdenerwowało, bo przecież przed chwilą byłem w pobliżu. Tym razem wybrałem tunel pod torami i okazało się to mniej męczące niż podjazd pod wiadukt, dlatego postanowiłem się tego wyboru trzymać do końca. Za kilkanaście minut jestem w bazie i słyszę następną lokalizację – kino. Nie ma problemu, punkt znaleziony bardzo szybko, przy okazji wzbudzam zdziwienie ludzi wychodzących z kościoła. Za chwilę jestem pod dworcem i widzę Magdę kierującą się na wiadukt, szybko dowiaduję się gdzie znajduje się mój kolejny cel – Chemik i pędem próbuje dogonić moją konkurentkę. Nie jest łatwo, bo Magda narzuciła duże tempo, udaje mi się dopiero na szczycie, łatwo ją wyprzedzam i nabieram prędkości – przy zjeździe, doszło do 40 km/h ;) . Za skrzyżowaniem czekam chwilę na Magdę i wymieniamy poglądy na temat wyścigu, podaję też wskazówki jak dojechać do SP5. W Chemiku, punkt znowu nie sprawia mi problemów.
Następnym okazuje się Orlen w Ursusie. Pomyślałem, że ciężko będzie, przecież to nie jest wcale tak blisko, poza tym zamarzł mi ustnik w bidonie, przez co nie mogłem się napić :/ Długa prosta, czyli Warszawska w kierunku Ursusa wcale nie okazała się taka straszna, udało mi się utrzymywać mniej więcej 29-30 km/h, co przy fakcie, że to był mój pierwszy raz na rowerze od czasu poprzedniego alleya, było niezłym wyczynem. Po powrocie znowu na start zostały mi do zrobienia jeszcze dwa punkty. Jednym z nich na pewno miała być SP1, drugiego nie znałem. Okazał się nim Orlen w Piastowie. Droga bardzo prosta, postanawiam do skrzyżowania z Orzeszkowej jechać po chodniku. Idzie łatwo, aż do momentu wjazdu na stację paliw. Kostka brukowa w takich warunkach jest mocno śliska, czego nie byłem jeszcze wtedy do końca świadom. Kiedy dojeżdżałem do kartek, które wisiały na butli z gazem, po naciśnięciu hamulców, mocno mnie zarzuciło, no i upadek. Dopiero w domu oceniłem straty: wygięta przerzutka i zdarte kolano, nic nie do naprawienia :D
Powrót na start okazał się minimalnie utrudniony, bo oprócz bólu kolana dało o sobie także znać zmęczenie. Ostatni punkt już znam, więc tylko oddaję kopertę organizatorom i pomykam do SP1. Na miejscu okazuje się, że kopert już nie ma – pozostała pusta koszulka. Pędzę więc najszybciej jak mogę. Na mecie okazuje się, że jestem pierwszy. Jestem trochę zdziwiony, ale nie zaskoczony, bo wiedziałem, że mi dobrze szło :)
Podziękowania dla organizatorów, do zobaczenia na następnym wyścigu.
Czekam na ostrą rywalizację o puchar Alleypiasta :)
Podziękowania dla Grześka za korektę.
Dodatkowe linki:
MAPA (autorstwa Magdy)
GALERIA
RELACJA MAGDY
niedziela, 13 stycznia 2008
Znowu pierwszy! :)
Pod nieobecność Lewana moja przewaga nad obecnie drugim w klasyfikacji generalnej - Grześkiem wzrosła do 21,5 punkta co dają mi absolutną swobodę w następnych startach :)
Gratulację należą się też Magdzie, która sama musiała podołać trudom trasy i radziła sobie całkiem nieźle.
Wkrótce krótka relacja. Zapraszam.
niedziela, 16 grudnia 2007
suji wa dokushin ni kagiru
Dziękuję wszystkim, a w szczególności:
- organizatorom, za świetną realizację tych zawodów. Jechało się bardzo dobrze, było mało szukania, sporo zależało od strategii (to właśnie lubię ;P ). Dzięki również za imprezę poalleyową.
- Magdzie - oczywiście za współpracę, gdyby nie Ty jestem pewien, że 1 miejsca by nie było.
- Grześkowi - za mapę, dla mnie ona jest rewelacyjna i niezmiernie ułatwia nawigację.
Do zobaczenia na zakończeniu WPG.
MAPA
poniedziałek, 19 listopada 2007
Relacja z alleya już jest!
Nie od dziś wiadomo, że o wyniku na alleyu decyduje liczba błędów i pomyłek. Naszemu zespołowi w składzie Magda i Adam przydarzyły się dwa błędy i o dwa za dużo, żeby wygrać.
Ale zacznijmy od początku.
Grzesiek (organizator) od dawna zapowiadał, że chciałby dokończyć "mityczny" alley, jakim był Charakterystyczny. Chociaż sam w nim nie uczestniczyłem to liczne relacje, te ustne i pisemne, umacniały mnie w przekonaniu, że na tym wyścigu nie będzie łatwo. Już po samej zapowiedzi: "Potrzebne będzie (...) nieśliskie obuwie sportowe. Przydać się może (...) zamknięcie rowerowe" zacząłem się zastanawiać, co też nasz organizator we współpracy z agentami Z-1 i Z-3 wymyśli. Miałem kilka typów: nieśliskie obuwie - spodziewałem się chodzenia po jakichś dachach, zamknięcie rowerowe - na pewno będzie punkt w Tesco, no i jeszcze jednego byłem pewien: nie zabraknie punktu w Suchym Lesie. Na wyścigu okazało się, że moje zgadywanie nie do końca się sprawdziło. Wziąłem również buty na zmianę, jednak nie miałem czasu, aby ich użyć ;)
Sobota (17.11.2007) start o godz. 19, nam udaje się dotrzeć o 19.10, z przekonaniem, że i tak zdążymy ;) Nasze przewidywania się sprawdziły, opóźnienie tradycyjnie było. Mimo meczu Polska-Belgia na starcie zaskakuje dosyć spora liczba zawodników. Niestety okazuje się, że nie wszyscy są zdeterminowani ukończyć alleya. Razem ze szprychówkami dostajemy mapę Pruszkowa, Piastowa i okolic - genialny pomysł! Dzięki temu nie szkoda było mazać po mapie, a wszystkie punkty były na jednej stronie, tak więc łatwo było zaplanować optymalną trasę. Kilkanaście minut przed 20 jedziemy na ostatni punkt Charakterystycznego sprzed 2 lat, znajdował on się na terenie Tworkowskiego szpitala. Tam dostaję manifest zawierający lokalizację 10 punktów, do tego dojdą 2 punkty podane na trasie oraz bonus. Każdy bierze się za nanoszenie punktów na mapie, idzie to trochę opornie, bo z zimna długopis się zacina. Okazuje się, że lokalizacje są dosyć proste, obawy jednak wiążą się z zadaniami specjalnymi, które mają być na trasie m.in. w Regułach. Organizatorzy poczekali aż wszyscy zawodnicy będą gotowi i dali sygnał do startu.
Godzina 20 - start. Ruszyliśmy z Magdą jako pierwsi, kierując się po wyjeździe ze szpitala w kierunku Parku Potulickich, aby znaleźć charakterystyczne drzewo. Ku naszemu zdziwieniu za nami pojechał tylko Kemot, reszta wybrała inne warianty trasy. Trochę się zaniepokoiłem. ponieważ wydawało mi się, że nasz wariant jest najbardziej optymalny i prawie wszyscy tak pojadą. Przejeżdżamy przez mostek nad Utratą i jedziemy wzdłuż brzegu, po chwili ukazuje się zielony znicz. Zgodnie ze wskazówkami na starcie, zielony znicz ma oznaczać, że jesteśmy w pobliżu, natomiast czerwony, że znaleźliśmy punkt, dlatego też mijamy znicz i jedziemy dalej szukać czerwonego, jednak nic takiego nie widać. Wracamy więc do zielonego znicza i wtedy dopiero zauważamy że kartki są porozwieszane w trzech koszulkach znajdujących się na gałęziach pobliskiego drzewa. Biorę się za najwyższą gałąź, Magda za najniższą. Bez większych problemów udaje nam się zdobyć kartki. Zostaje jeszcze jedna gałąź, jest na takiej wysokości, że udaje mi się sięgnąć po koszulkę, niestety zostaje ona w moich rękach. Kładę ją więc na ziemi i jedziemy na następny punkt.
Według naszych planów, kierujemy się na Żbików, na skrzyżowanie Szarych Szeregów i Żbikowskiej. Jedziemy przez wiadukt, dalej w Mostową, mijamy glinianki i już jesteśmy na Szarych Szeregów. Idzie nam bardzo sprawnie, ponieważ kiedyś bardzo często pokonywałem tę trasę i znałem ją prawie na pamięć. Szarych Szeregów jest nieoświetlona i pełna dziur, więc jazda nią na pewno nie należy do najprzyjemniejszych, na szczęście już z daleka było widać zielony znicz, który dodawał nam otuchy. Punkt pod drzewem, znaleziony bez problemu.
Kolejny kierunek to boisko na Rajdowej w Konotopie. Rajdową znam, gorzej z boiskiem. Po dojeździe na asfalt naszym oczom ukazuje się grupka młodych tubylców, którzy bez trudu wskazują boisko. Po dojeździe na wskazane miejsce spotykamy Kosa i Xysia. Wskazówki na bramce, tak brzmiała podpowiedź. Okazało się, że czekało nas tam zadanie, które w pierwszej chwili zrozumieliśmy dosłownie. Otóż, zawierało ono kilka linijek komend w stylu "zrób krok do przodu", obróć się o 90 stopni" itd., tak więc zaczęliśmy skakać od bramki myśląc że doprowadzi nas to do właściwego punktu. Wkrótce jednak doczytaliśmy: "Jakie słowo wychodziłeś" - porażka! Zrobiliśmy z siebie idiotów przed Kosem i Xysiem ;) No cóż, zaczęliśmy zabawę od nowa, tym razem na siedząco i przy pomocy kartki i długopisu. Fatalnie nam jednak szło, po ok. 20 minutach mieliśmy niepewne dwie litery, T oraz A i resztę jakiś dziwnych krzaczków w stylu "sigma" lub "pi", nic nam z tego nie wychodziło. Postanowiliśmy więc porzucić to zdanie i skoncentrować się na następnym punkcie, który znajdował się pod schodami domu przy Prusa 3 w Piastowie.
Byłem prawie pewien, o który dom chodzi, więc znowu nie musiałem patrzeć na mapę. Wybieramy drogę na skróty, czyli nad "jaskinią echa", bliżej Piastowa. Przy mostku nad Żbikówką wjeżdżamy w duże błoto, które powoduje że się wywracam - ach te spd :/ Dalej w kierunku wiaduktu, w międzyczasie, otrzymujemy pierwszą relację z meczu: "Po 30 minutach jest 0:0". Po zjeździe z wiaduktu jedziemy ulicami Dworcową, Sienkiewicza do Prusa. Na miejscu szybko znajdujemy właściwy dom. Trochę trwają poszukiwania kartek pod schodami, nic jednak nie znajdujemy, postanawiamy więc poszukać drugich schodów. Udaje się: kartki są pod schodami z tyłu budynku. Nagle, odzywa się sygnał sms - jest 1:0 dla Polski. Następują w nas wtedy chwile zwątpienia - co my właściwie robimy? Jeździmy po nocy, chodząc po opuszczonych budynkach, zamiast oglądać mecz. Bez entuzjazmu ruszamy dalej, tym razem na Reguły.
Jadąc Regulską już się zaczynamy obawiać zadania na tym punkcie, mając wspomnienia z naszego skakania na boisku. Tym razem polegało ono na szukaniu kartek w pobliżu kolejnych drzew wzdłuż Alei Topolowej. Pierwsza kartka naklejona na drzewie wskazywała położenie następnej pod 175. drzewem. Postanawiamy, wiec policzyć ilość drzew po obu stronach ulicy. Wychodzi 32 i 38 topól, jak się okazało na mecie było ich 27 i 38, błąd ten nas kosztował sporo czasu i nerwów. Po krótkich obliczeniach lokalizujemy drzewo, pod którym miała się znajdować kartka. Niestety nic tam nie ma, postanawiamy się rozdzielić: Magda będzie szukała pod drzewami idąc w kierunku WKD Reguły, ja natomiast biorę drzewa w przeciwnym kierunku. Jak łatwo policzyć przy 175 drzewach i pomyłce w liczeniu kartka znajdowała się o 10 drzew dalej, tak więc nasze poszukiwania trwały dość długo, bo spodziewaliśmy się ich dobrego ukrycia, tak więc świeciliśmy latarkami po gałęziach, rozgrzebywaliśmy liście itd. Wreszcie udało się znaleźć kartkę - "wstecz o 32 drzewa". Byliśmy trochę zdezorientowani, ponieważ nie wiedzieliśmy co jest nie tak, że nasze poszukiwania idą tak kiepsko. Cofnęliśmy się więc o te 32 drzewa. Tutaj poszukiwania trwały krócej, bo pomyłka wynosiła tylko 5 drzew. Wkrótce otrzymaliśmy kolejny sms: jest już 2:0. W takich chwilach odczuwam totalne zrezygnowanie, kiedy coś nie idzie, a perspektywa oglądania meczu jest tak kusząca. Oczywiście nie na tyle, żeby się wycofać, jednak nie miałem motywacji, aby się jakoś specjalnie starać. Znajdujemy wreszcie karteczkę, po obliczeniach znowu lokalizujemy potencjalne drzewo. Zrezygnowanie sięga zenitu, kiedy okazuje się, że jest to drzewo, które już wcześniej obszukaliśmy w poszukiwaniu wcześniejszych karteczek. Co robić dalej? Obszukujemy jeszcze raz tę topolę i znowu szukamy pod kolejnymi drzewami, pod jednym znajdujemy zawiązany worek z liśćmi. Z nadzieją rozrywamy go, w środku oprócz liści znajduje się szmata, pamiętamy słowa Grześka na starcie, że niektóre punkty będą oznaczone szmatami, więc rozsypujemy liście. Znowu pudło. Szukamy więc dalej, jest wreszcie kolejna karteczka. Z liczby tam napisanej wnioskuję, że to powinno być któreś drzewo naprzeciwko. Już nie liczę dokładnie, bo to nie ma sensu. Biorę pierwsze drzewo na przeciwko i dalej szukam po kolei, dosyć szybko znajduję informację, że kartki są pod mostkiem obok znaku "teren zabudowany". Jedziemy na miejsce - wreszcie są! Cała operacja szukania kartek zajęła nam przynajmniej 30 minut. Ciężko jest wsiąść na rower po takim czasie, no ale powoli ruszamy na Komorów.
Dojeżdżając na plebanię zauważamy światła rowerów - to znowu Kosu i Xyś, znaleźli już kartki i szykują się do odjazdu. Pytamy się przy okazji o punkt z boiska. Dostajemy informację: tama na Utracie - jeszcze raz dzięki za to! :) Szybko lokalizuję spiżarnie, która okazuje się być ziemianką, świetnie wyglądał czerwony znicz w środku. Na kartkach odnajdujemy informacje o obowiązkowym punkcie w... Suchym Lesie - tego się spodziewałem :) Mamy się udać na opuszczone działki, nie wiedziałem o ich istnieniu, jednak wskazówki na kartkach są proste i bez problemu wiemy jak tam dojechać. Jak ruszyliśmy, Kosa i Xysia dawno już nie było widać. Kierujemy się jedyną drogą do Suchego Lasu, obok figurki kończy się asfalt. Jadę pierwszy i staram się nie wybierać dziur. Niestety jest to dosyć trudne, ze względu na kiepską przejrzystość powietrza tego wieczoru. Po pewnym czasie dojeżdżamy do ogrodzenia, przy którym według wskazówek powinny znajdować się szmaty i są, więc podążamy ich śladem, po pewnym czasie w oddali widzimy światła - to znowu Kosu z Xysiem. Po dojeździe na miejsce Kosu wręcza nam po kartce - też dziękujemy za to. Rozdzielamy się znowu, mimo że planujemy zrobić ten sam punkt, a więc kamień na rogu Turystycznej i Bugaj.
Szybko tracimy naszych przeciwników z zasięgu wzroku. Wracamy do figurki i dalej skręcamy w Leśną, przejeżdżamy obok zalewu i dojeżdżamy do Turystycznej. tam skręcamy w lewo, na miejscu już buszują Kosu z Xysiem. Informują nas, że znaleźli tylko pustą koszulkę, a po kartkach ani śladu. Szukamy więc razem, równocześnie próbując dodzwonić się do Grześka. Organizator jednak nie odbiera. Po chwili słyszę krzyk Magdy, obawiam się, że coś się stało. Na szczęście Magda znalazła punkt :) Chodziło o kamień, który był trochę dalej od skrzyżowania. W międzyczasie dzwoni Grzesiek, któremu zdaję relację z naszych poszukiwań. Słyszę że "nie jest źle". Opowiadam również o naszych kłopotach w Regułach - przepraszam za to, co wtedy powiedziałem ;) Znowu rozdzielamy się z Kosem i Xysiem i jedziemy na pole kukurydzy szczęśliwi, bo otrzymaliśmy informację o zakończeniu meczu.
Będąc już w połowie Alei Kasztanowej widzimy znicz przy drodze, po dojeździe na miejsce, w polu lokalizujemy następny. Magda zostaje przy rowerach, a ja ruszam przez pole (szkoda że skoszone). Niestety dalszych zniczy nie widać, postanawiam iść przed siebie. Wkrótce zauważam ledwo tlący się zielony znicz, znów idę przed siebie i znajduje również prawie już zgaszony czerwony i karteczki. Szybko wracam do Magdy, strzelamy sobie po batonie i ruszamy na Malichy.
Kolejny punkt to złamane drzewo na Utracie przy ścieżce z Malich na Pęcice. Nie spodziewałem się tego co tam zobaczyłem. Czerwony znicz palił się dosyć wysoko na pniu drzewa będącego po drugiej stronie rzeki. Na wodzie były resztki drzewa, które umożliwiały dotarcie tam bez zaliczenia kąpieli. Niestety, kiedy zacząłem wchodzić, okazało się, że nie byłem pierwszym, który próbował się tam dostać. Świadczyła o tym naruszona konstrukcja tej "kładki". Samo wejście na pień też było mocno utrudnione, ponieważ był on mocno spróchniały i trzeba było uważać, za co się łapie. Udało mi się jednak tam dostać bez większych problemów. Gorzej było z zejściem, na tyle, że część buta znalazła się pod wodą. Na szczęście w środku pozostało sucho. Decyzja co do dalszej jazdy to tama na Utracie.
Jedziemy cały czas wzdłuż rzeki, mijamy ogrodzenie terenu szpitalnego, dojeżdżamy do pierwszego mostku, weryfikujemy czy na pewno tam nie ma kartek. Jedziemy dalej, dojeżdżając do właściwej tamy. Kartki są po drugiej stronie. Dostajemy informacje o bonusie - ma on się znajdować na trzepaku pomiędzy tworkowskim kościołem a budynkiem psychiatrii sądowej. Wiemy gdzie jest kościół - tyle nam wystarczy.
Dojeżdżamy na jego tyły, naprzeciwko znajduje się ogrodzony teren, gdzie mieści się zamknięty pawilon, a obok jest trzepak. Bez wahania przechodzę przez siatkę, wchodzę na trzepak, jednak po kartkach nie ma śladu. Magda decyduje się wykonać telefon do organizatora. Okazuje się, że to nie ten trzepak. Wracam więc na rower i jedziemy dalej, po chwili, po lewej stronie znajdujemy konstrukcję przypominającą trzepak, jednak dla mnie jest to drabinka do ćwiczenia zwisania na rękach :) Zauważamy jednak tam kartki. "Dostęp tylko z góry" - tak brzmiała wskazówka na temat punktu, jednak dla mnie dostęp był z ziemi, a właściwie z roweru. Stojąc na pedałach zabrałem karteczki i byliśmy już gotowi odwiedzić ostatni punkt - wózek Tesco w Malichach.
Jadąc na miejsce mieliśmy obawy, czy o czymś nie zapomnieliśmy, ponieważ cały czas nie znaliśmy lokalizacji mety. Czyżbyśmy mieli takie szczęście, że poznamy ją na naszym ostatnim punkcie? Ze względów bezpieczeństwa jedziemy Sadową zamiast wzdłuż torów. Przejeżdżamy przez Okopową i wyjeżdżamy na otwarty teren. Po chwili zauważam, wysoko na drzewie znicz. Myślę sobie " O k...., jak wysoko, kto tam wtaszczył ten wózek?". Dojeżdżamy pod drzewo, wysokość robi jeszcze większe wrażanie. Zaczynam się wspinać, stwierdzam, że to drzewo nie zostało zaprojektowane do wspinania się po nim :D Po kłopotach z doborem gałęzi udaje mi się dostać na miejsce. Odczytuję karteczkę, na szczęcie jest tam lokalizacja mety - pub Przystań. Pomyślałem, że jest świetnie tylko jak ja teraz zejdę. Jakoś tam się udało, nawet bez specjalnych problemów.
Ruszamy już wreszcie do mety, bo kończył się już limit czasu. Po chwili jesteśmy przed pubem, gdzie wita nas zadowolony DNF. W środku już jest prawie cała ekipa, brakuje jeszcze Kosa i Xysia.
Podsumowując: alley był bardzo przyjemny, mało szukania (no może poza Regułami), dzięki temu był szybkościowy, sporo też zależało od strategii doboru trasy: nam wyszło 37,5 km, ciekawe ile wy mieliście? Jeszcze raz dziękuję organizatorom, Magdzie oraz reszcie zawodników. Do zobaczenia!








