Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przemyślenia/wiadomości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przemyślenia/wiadomości. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 lipca 2011

Wariant Dwóch Ósemek

Na starcie (zdjęcie organizatorów pobrane z serwisu Facebook)
Pisałem już, że nie lubię mokrych zawodów. Wydawało mi się, że nie lubię też nocnych, ale to chyba wynika z faktu, że właściwie startowałem w takich imprezach tylko kilka razy.

16 lipca 2011 roku w Pobiedziskach o godzinie 00:00 wystartowała 150-kilometrowa trasa rowerowa Wielkopolskiej Szybkiej Setki. Było sucho, było w ciemno i dla mnie były to najlepsze zawody w tym roku pod względem trasy.

Mam małe doświadczenie w nocnych jazdach przez to staram się wymyślać jakieś specjalne warianty dostosowane do tych specyficznych warunków. Na dodatek nie lubię bezpośrednio walczyć na trasie, dlatego najlepiej mi się jeździ jak nie widzę konkurencji. Teraz już wiem, że nie ma sensu budować jakiś skomplikowanych wariantów przejazdu, które  w moim wypadku polegały na wybieraniu pozornie łatwiejszych punktów na początku. Łatwiejsze to dla mnie te, które znajdują się blisko dróg asfaltowych lub na otwartej przestrzeni. Na WSS wyszedł mi wariant, który dumnie mogę nazwać wariantem „ósemki”, a na trasie przekształcił się w podwójną „ósemkę”. Kilometraż też zacny, bo zamiast 150 kilometrów przejechałem zgoła 173…

Zaczęło się ostro. Nietypowo pierwszy punkt kontrolny został narzucony, a start odbywał się za „pilotem”, którego rolę pełnił samochód organizatorów.  Tempo pilota zwiększało się stopniowo, na końcu asfaltu prędkość czołówki wynosiła już ponad 35 km/h. Samochód zjechał i jedziemy przy kurzu wpadającym w zęby na pierwszy punkt. Noc i duża prędkość spowodowały, że praktycznie wszyscy przestrzeli zjazd, a ja chyba najbardziej. Kiedy się zorientowałem, że zostałem sam, a kompas wskazuje inny od zamierzonego kierunek zawróciłem  widząc wciąż zbliżających się szutrową drogą kolejnych świecących rowerzystów. Błądzenia dużego nie było, ale strata po pierwszym punkcie do liderów oscylowała wokół 5 minut. Dalej zaczęła się już samotna jazda.
Wszystkie drogi szutrowe były suche, równe i bardzo szybkie. Na dodatek akurat była pełnia księżyca, więc z prędkością nie musiałem się ograniczać. Tutaj umieszczę dygresję na temat mapy zawodów. Była bardzo dobra. Skala 1:50000, oznaczone nawet klasy dróg szutrowych. Mały niesmak pozostał tylko przy jednym punkcie, który były lekko przesunięty i spowodował niemałą konsternację wśród zawodników również u mnie. Przyczepiłbym się też do ograniczenie w przekraczaniu drogi krajowej nr 5. O dziwo nie było to dozwolone w samych Pobiedziskach, przez co mój wariant przejazdu zyskał na długości i idiotyczności ;) Na mecie dowiedziałem się, że to był podobno błąd na mapie…

Jadę tak sobie tym swoim wariantem, na początku jeszcze mijam osoby wybierające inny, ale i tak lepszy od mojego kierunek i kolejność zdobywania punktów.  Ale po przekroczeniu krajowej „piątki” i wjechaniu w las jestem sam. To się nie zmienia przez kilka godzin. Punkty zgarniam bez problemów, nie może być inaczej przy tak dobrej mapie.  Niestety po przekroczeniu 40 kilometra odzywa się doskwierające mi ostatnio prawe kolano. Ból jest coraz silniejszy, w mojej jeździe objawia się to brakiem przyspieszenie i wolniejszym pokonywaniem wzniesień oraz piachów. Wszędzie tam gdzie obciążenie było wyższe musiałem odpuścić, ale przy dłuższych prostych odcinkach prędkość była naturalna.

W okolicach 2/3 trasy kiedy było już jasno ogarnia mnie zmęczenie i zaczynam kombinować z dojazdami na punkty. Normalnie bym tego nie zauważył, gdyby nie zawodnik, który przez kilka punktów towarzyszył. Ja pierwszy odjeżdżałem z punktu, ale dojeżdżałem drugi. Przekraczam znowu szosę nr 5 i znów jestem sam. Punkty w południowo-wschodnim rogu mapy wydaje się trudniejsze. Faktycznie już pierwszy z nich sprawie mi sporo problemów. Na szczęście tylko ten był tak skomplikowany. Na wyjeździe z punktu jadąc wąską ścieżką mam dosyć niebezpieczną sytuację. Przede mną idzie locha z mały dzikami. Ścieżka jest wąska, z lewej strony znajduje się młodnik ogrodzony siatką, z prawej miałem las. Locha umyka na prawo, a małe biegną przede mną i skracają w lewo. Odbijają się od siatki i znowu do przodu. Nie wiedziałem co zrobić, zatrzymanie się mogłoby spowodować atak samicy, która była już za mną. W momencie jak małe znowu skręciły w siatkę, nacisnąłem mocniej na pedały i wyprzedziłem je.

Po wyjeździe na asfalt znowu analizuję mapę, wychodzi mi, że jeden punkt łatwiej będzie zaatakować od innej strony i mój wariant nabiera ostatecznego kształtu podwójnej ósemki. Zdawałem sobie już sprawę, że czas mam kiepski, jak kiepski okazało się po chwili kiedy na punkcie nr 1 mijam Marcina Nalazka z Łukaszem Drażanem kompletujących swój ostatni punkt, w momencie kiedy mi zostało ich jeszcze cztery. Dalsza jazda była już bez historii. Melduję się na mecie z czasem 9h 40 min., ponad półtorej godziny po zwycięzcy.

Z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że już nie będę kombinował z wariantami na wieczornych zawodach. Miałem też za małe zaufanie do mapy. Organizatorzy przygotowali doskonały podkład i praktycznie każda zaznaczona droga nie tylko w rzeczywistości istniała, ale była przejezdna. Niestety moje kombinowanie to był efekt kilku poprzednich imprez na których srogo się na mapach zawiodłem.

Pod względem organizacyjnym Wielkopolska Szybka Setka nie mają się czego wstydzić. Wisienką na torcie był słynny już kotlet schabowy z ziemniakami jako posiłek regeneracyjny (ciekawe, czy to już tradycja, bo 2 lata temu też był). Żałuję tylko, że zarzucono pomysł wręczania map podczas rejestracji (tak było również 2 lata temu). Ten ewenement nadawał rywalizacji ciekawego kształtu i czegoś czego nigdzie indziej nie ma dokładna analizy mapy przez kilka godzin przed startem. Chociaż mogę sobie wyobrazić, że dla oznaczałoby to jeszcze bardziej zagmatwany wariant.

Oto ten sławetny wariant:
Duża, niepełna ósemka, mała ósemka. Jakby się przyjrzeć to można znaleźć jeszcze ze dwie inne ósemki. Może zgłosić ten rysunek do tych teleturniejów telewizyjnych gdzie trzeba zadzwonić i odpowiedzieć na podchwytliwe. Pytanie: "Policz ósemki"

Strona imprezy i Profil na FB
Statystyki z GPSa

wtorek, 28 czerwca 2011

Powrót bloga

Prawie 400 dni od ostatniego posta. Wróciłem i zmieniłem nazwę bloga, ciekawe ile osób wie skąd się wzięła ;) Tematykę również zmieniam, zamiast opisywania różnych epizodów z mojego życia bardziej skupię się na imprezach sportowych, w których biorę udział.

Wiele osób nawet nie zdaje sobie sprawy ile ciekawych masowych imprez sportowych rozgrywa się co tydzień w Polsce. Czasem na prawdę ciężko się zdecydować. Tam gdzie się pojawiam zawsze przeżywam przygodę, są zwycięstwa i porażki, lepsze i gorsze momenty.

Ostatnio zauważyłem, że ciężko mi sobie przypomnieć niektóre wyprawy, starty i osiągnięcia z minionych miesięcy. Dlatego bloga piszę głównie dla siebie, trochę jako pamiętnik, trochę jako poradnik - nie ma to jak analiza startu z wytknięciem wszystkich dobrych i złych manewrów.

Postaram się uzupełnić w miarę możliwości relacje z odbytych startów, pewnie zacznę od najnowszych.

Swoją drogą, ciekawe jak ten Blogger się zmienił przez rok. Interesujące jest również to, że ciągle mój blog jest odwiedzany i czasem nawet komentowany.


PS: zmieniłem styl bloga, ale nie jest on docelowy :)

poniedziałek, 31 maja 2010

Zabawa w bagnie, czyli DyMnO 2010

Od kilku dni nie mogłem się doczekać soboty. Wreszcie orientacja pod Warszawą na której mogę wystartować. Głód rywalizacji narósł jeszcze bardziej po WaypointRace, kiedy mogłem tylko patrzeć jak wszyscy się dobrze bawią. Bojowe nastroje tłumił we mniej jednak dołek formy, który objawiał się dużym zmęczeniem nawet po kilkudziesięciiu kilometrach. Coś po Harpaganie się we mnie popsuło i nie trybi tak jak to sobie założyłem. No nic, przynajmniej będę mógł sprawdzić jak się czuje w warunkach wyścigowych.

Na starcie. Zdjęcie znalezione na stronie www.silne-studio.pl

Start XI Długodystansowego Maratonu na Orientację miał miejsce przed nieporęckim ratuszem o 9 rano. Każdy dostał pakiet 4 map z którymi ciężko było coś sensownego zrobić. Pierwsza mapa dotyczyła etapu I. Skala 1:16300, 14 punktów kontrolnych oraz kształty, kolory, linie na mapie, które wiedziałem co oznaczają, ale nigdy do tej pory nie przyszło mi się ścigać na typowej mapie do orientacji. Na inne otrzymane kartki nawet nie patrzyłem. Próbuję coś zrobić z mapą etapu I, ale rysowanie śladu markerem mi nie wychodzi. Powoli niektórzy ruszyli, ja spokojnie około minutę po komendzie. Wszyscy jechali dziwnie wolno, ja też, próbujemy oswoić się z mapą. Na pierwszy punkt – I przyjeżdżam w grupie, ale potem zaczyna się już samotna jazda. Jeszcze w trasie na drugi punkt próbuję coś mierzyć linijką, ale wkrótce przekonuję się że to nie ma sensu. Etap przejechałem bez więskzych problemów, nie licząc chwilowej utraty orientacji, ale pomógł inny zawodnik, który przemknął, a ja za nim na punkt. Ponownie pod ratuszem byłem po godzinie i 44 minutach, na liczniku przejachanych było około 22 kilometrów. Etap mi się bardzo podobał, wydawało mi się, że dobrze pojechałem, ale za chwilę z lasu wyjeżdżali kolejni zawodnicy, więc raczej większa część stawki z lasem poradziła sobie podobnie.

„Tętno maksymalne najczęściej opisywane jako Hrmax (od ang. maximal heart rate), można zdefiniować jako częstość pracy serca, odpowiadającą intensywności, na której subiektywnie odczuwasz, że jest to twój maksymalny wysiłek.„
Nigdy sobie nie mierzyłem tętna maksymalnego, ale podczas moich zabaw z pulsometrem największą wartość osiągnąłem po maksymalnym sprintcie po 7 kilometrach biegu, były to 194 uderzenia na minutę. Od soboty, wiem, że mogę uzyskać 197 – próbując wydostać się z bagna.

Etap II rozłożony był na dwóch mapach, a na nim 16 PK i odcinek specjalny. Taka ilość punktów wprowadzała duże zamieszczanie, dodatkowo prawie każdy punkt był „rozświetlony” poprzez mapkę lub ortofotomapę przedstawiającą najbliższe otoczenie punktu w dużej skali. W rezultacie musiałem operować na trzech kartkach. Postanowiłem pojechać na punkt A i tam się dalej zastanawiać nad kolejnością zdobywania. Stanie nad mapami przy bazie, gdzie co chwile ktoś przejeżdża było dla mnie denerwujące, chciałem zastanowić się nad taktyką w jakimś spokojnym miejscu. „Punkt A – skraj lasu”, brzmi prosto, jeszcze ładniej wyglądał na „rozświetleniu”, gdzie było to po prostu róg lasu. Jedyną niewiadomą było bagno, które znajdowało się na północ od lasu. Jednak mokradła według mapy nie były rozległe, ograniczone były od północy kolejnym lasem, tak, że jeśli uderzę na punkt od północnego lasu, to będę miał do pokonania około 200 metrów bagna. Wariant najazdu od południa nie opłacał się zupełnie, nawet jakby okazało się że bagno jest nie do pokonania, to można jeszcze zdobyć punkt wracając się do lasu i jadąc na wschód objechać bagno. Mój błąd polegał na tym, że słabo zanalizowałem „rozświetlenie” w rezultacie zacząłem atakować bagno za wcześnie, kiedy dotarłem do przeciwległego lasu, punktu nie było widać (teraz wiem, że byłem o jakieś 100 metrów za bardzo na zachód). Bagno nie było jeszcze jakieś straszne, w najgorszym momencie miałem wodę po uda. Brnąc dalej na południe chciałem znaleźć drogę, która była na mapie. Drogi widać nie było, a woda była coraz głębsza, przedzierałem się tak na południe, chociaż powinien się cofnąć. Wszedłem do zupełnie zalanego lasu, na wodzie unosiła się trawa, co jakiś czas wpadałem po pas. Dobrze że miałem rower, bo zanurzony robił za laskę na której się podpierałem. W pewnym momencie wpadłem po piersi do wody, co gorsze gruntu nie czułem, a raczej coś w rodzaju wciągającego mułu. Było na prawdę kiepsko, uratował mnie wyskok i rzucenie się na brzuch na powierzchnię, mój ciężar rozłożył się na trawie która porastała powierzchnię bagna i łapiąc się kurczliwie tych źdźbeł trzciny jakoś się wydostałem. To w tym momencie osiągnąłem swój HRmax. Dalej nie było wcale lepiej, jak głupi szedłem wciąż na południe, co gorsze śmierdziałem szlamem, tak że przyciągałem wszystkie komary w promieniu 500 metrów. Według mapy przeszedłem ponad 2 kilometry, aż dotarłem do drogi. To przedzieranie zajęło mi ponad godzinę. Byłem mokry, brudny i potwornie zmęczony, czułem się jakbym ścigał się już kilkanaście godzin. Nie bez problemów, wciąż związanych z wodą dotarłem wreszcie do punktu A. Było to fascynujące przeżycie i to zmęczenie podobało mi się, ale wszystko psuła świadomość, że inni są wypoczęci i w posiadaniu znacznie większej ilości podbitych punktów.

W tym momencie już wiedziałem, że pogrzebałem swoje szanse na sensowny wynik, co gorsza zmęczenie i zdenerwowanie odebrało mi zdrowe myślenie. Pojechałem za kimś na punkt E, tempo jazdy pozwoliło mi trochę odpocząć. Na samym punkcie przeanalizowałem mapę i doszedłem do wniosku, że zrobienie punktów A i E nie było do końca korzystne. W takich momentach zawsze ryzykuję i robię taki warinat, aby spotkać jak najmniej zawodników. Postanowiłem pojechać na drugą mapę i zacząć robić odcinek specjalny. Jak teraz patrzę na mapę to wiem, że powinien jeszcze zaliczyć po drodze punkty D i I, ale wtedy chciałem się jak najszybciej oddalić z tych terenów. Ten pośpiech spowodował kolejny błąd, który kosztował mnie około 30 minut straty. Mapę tak złożyłem, że widziałem oznaczenie odcinka specjalnego i kawałek litery „O”, od „OS”. Tak jadąc i przyglądając się mapie ubzdurało mi się, że „O” oznacza miejsce kolejnego punktu. Pojechałem tak w tym kierunku, będąc już blisko przewróciłem mapę i miałem ochotę wracać do bazy i zobaczyć DNF przy swoim nazwisku. Dalej jednak poszło już w miarę dobrze, nie licząc punktów, do których niektóre warianty najazdu kończyły się kąpielą i czasem nadkładaniem drogi. Muszę przyznać, że było to trochę loteryjne, najwięcej chyba straciłem na punkcie X, gdzie woda była po szyję.

„BMI poniżej 20 wskazuje na niską ilość tłuszczu w twoim organizmie. Jeżeli jesteś sportowcem jest to pożądana waga. Jeżeli nie, niskie BMI może wskazywać na zbyt niską wagę ciała co może zmniejszać Twoją odporność. Jeżeli Twoja waga jest zbyt niska powinieneś rozważyć przybranie na wadze poprzez dobór diety i ćwiczenia.” Wieczorem w domu po dwóch kolacjach okazało się, że moja waga spadła do 73 kg, oczywiście jest to wynik utraty płynów, ale takiej wagi nie miałem od wczesnych czasów liceum. A słynny wskaźnik BMI wyszedł mi poniżej 20. Jednak wcale mało nie piłem, wyszło mi, że zużyłem około 5 litrów płynów podczas zawodów, czyli straciłem ponad 10 litrów.

Zdobywałem sobie tak punkty po kolei S, T, X, U, R, P, M, I, K, H, I, D, C, B. Od punktu K w Kuligowie zaczynam czuć wyczerpanie. Na pewno jedną z przyczyn była wpadka na punkcie A, ale dopiero po wyścigu uświadomiłem sobie, że bardzo mało jadłem. Jakoś ciężko mi na DyMnie cokolwiek wchodziło, często zapominałem w ogóle o jedzeniu. Analizując mój jadłospis wyścigowy, wychodzi, że zjadłem podczas ponad 11 godzin ścigania tylko około 1000 kcal. Ostatnie cztery punkty jechało mi się bardzo ciężko, na asfalcie niestety tempo miałem tylko w okolicach 25 km/h.

Na metę wpadłem około 20:10, zmęczony bardziej niż po Harpaganie. Gdyby nie błędy mogłem być około 2 godzin wcześniej, reszta straty do zwycięzców wyniki ogólnie z mojej formy. DyMnO w tym roku zdecydowanie bardziej podobało mi się niż zeszłoroczne. Zabawa z mapami, chociaż jest denerwująca nadaje imprezie specjalnych charakter. Oprócz wspomnianych problemów w bagnie resztę punktów zdobyłem bez większych strat.

Wyników jeszcze nie ma, ale nawet na nie nie czekam. Teraz zastanawiam się, czy przed BikeOrientem jechać na Grassora.

[aktualizacja] 19. miejsce, do 18. zabrakło 26 sekund. Wynik słaby, ale lepszy niż spodziewałem się na mecie.

http://inowwa.republika.pl/dymno/2010/c100.pdf

Statystyki:

Dystans: 140,78 km

Czas jazdy: 9:18:13

Średnia prędkość: 15,13 km/h

Maksymalna prędkość: 35,44 km/h

Średnie tętno: 159 uderzeń na minutę

Maksymalne tętno: 197 uderzeń na minutę

Spalone kalorie: 8807 kcal

Czas jazdy w I strefie tętna: 3%

Czas jazdy w II strefie tętna: 32%

Czas jazdy w III strefie tętna: 65%

PS: Statystyki z pulsometru dużo „ostrzejsze” niż po Harpie

czwartek, 13 maja 2010

Harpagan 39 - relacja

Zdobyłem mityczny tytuł Harapagana. Powinien być bardzo szczęśliwy, przecież to marzenie większości osób jeżdżących intensywnie na rowerach. Mam jednak mieszane uczucia...


Przedmowa
Wszystko zaczęło się w sobotni, październikowy wieczór zeszłego roku. Siedząc w szkolnej sali gimnastycznej w Redzie rozważałem przegraną jaką był dla mnie Harpagan 38. Porażkę przyrzekłem sobie pomścić na wiosnę. Miejsce około setnego może nie było jeszcze takie złe, gdyby nie fatalna nawigacja połączona z jeszcze większym dołkiem formy. Na domiar złego wszyscy których znam byli przede mną. To wtedy wszem i wobec rozpowiadałem, że na wiosnę zdobędę Harapagana. Z czasem coraz mniej w to wierzyłem. Jeździć treningowo zakończyłem na początku grudnia, a nowy sezon zaczął się dla mnie dopiero w marcu i to bez planu treningowego, ani żadnego systemu. Po prostu jeździłem z tym, że intensywniej niż w poprzednich latach. Każdy przejazd oprócz codziennych odcinków dom-praca-dom miał być w tempie prawie wyścigowym.
Na tydzień przed Harpem przejechałem trasę PRO planowego WaypointRace 2010. Symulując postoje na punktach, popełniając błędy nawigacyjne i wychwytując nieaktualności mapy zrobiłem czas 5 godzin 33 minuty przejeżdżając 118 km. To był dobry wynik jak dla mnie zważywszy, że tego dnia przed 3/4 dystansu towarzyszył mi bardzo intensywny deszcz. To wtedy zdałem sobie sprawę, że Harapagan jest rzeczywiście w zasięgu. I tak z dystansem rocznym około 1800 km wybrałem się w drogę na cel numer 1 pierwszej części sezonu.

Wstęp
Piątek 7.05.2010 godzina 15:30 ruszymy z Lewanem do Gdańska. Prognozy pogody od dłuższego czasu nie były sprzyjające, chociaż gdzie niegdzie zaczynały pojawiać się przewidywania, że deszcz ustąpi w sobotę. Generalnie nastawiłem się, że będzie mokro i się nie zawiodłem – deszcz zaczął podać zaraz za Łomiankami. Jadąc krajową „siodemką” i patrząc na przydrożne lasy, pola i szutrowe drogi nie wyglądało to dobrze, im bliżej morza tym więcej błota. W połowie trasy sprawdzam ICM – około godziny 20 ma przestać padać. Nie przestało.
O w pól do 22 zjawiamy się w bazie wyścigu. Piesi już ruszyli, więc łatwiej znaleźć miejsce. Lokalizujemy dogodną miejscówkę na małej sali gimnastycznej z tartanową bieżnią. Witamy się ze znajomymi, wszyscy zgodnie stwierdzają, że Harpagana znowu nikt nie zdobędzie, przecież ciągle leje. Około północy zasypiam, krople deszczu wciąż uderzają w okna.

Przed
Nad ranem ruch zaczyna się robić o godzinie 5 rano, właściwie nie trzeba nastawiać budzika, bo każdy planuje właśnie półtorej godziny jako czas optymalny, żeby ze wszystkim zdążyć. Noc oczywiście w moim wykonania prawie nieprzespana, nie przeszkadza mi to jednak w sprawnym wstaniu. Pierwszym ruchem wszystkich po obudzeniu było sprawdzenie sytuacji za oknem - nie padało, co więcej niesmiało pojawiało się słońce. Śniadanie na tego typu zawodach mam już opanowane i od dłuższego czasu niezmienne. Są to 3 torebki kaszki na wodzie. Podgrzewam wodę na palniku, nowością będzie wkrojenie dwóch bananów do środka. Wieczorem spakowałem już całe jedzenie na wyścig, ale nadal mam wątpliwości co do ilości, obawiam się, że mam tego za mało. Później okazało się wręcz przeciwnie. W końcu mój zestaw żywnościowy jest następujący:
- banan,
- 6 batonów musli 25g,
- paczka bułeczek mlecznych i kabanosy,
- 2 batony energetyczne 100g.
Do tego za namową Lewana biorę 0,5l rozrobionego wcześniej Gain bolica. Do picia izotonik w ilości 2x bidon 0,7l + bukłak 2l. Na czarną godzinę dołożyłem 2 butelki coli 0,5 l. Nie bez znaczenia tak szczegółowo to wymieniam, jak dołożyłem do tego zestawu jeszcze parę drobiazgów to plecak ważył coś koło 8 kg. Nie chcę nigdy więcej popełnić takiego błędu.
Przed wyjazdem trwają ożywione dyskusje co do ubioru, padają głosy, że jest bardzo zimno, ktoś rozmawiał z pieszymi - "w lesie błoto po kolana". Większość decyduje się ubrać „na długo”, ja również.

6.27, planowe rozdaniem map. Trasę mam już w głowie ułożoną przed otrzymaniem mapy. Jadę tak, żeby na początku mieć pod wiatr, dzisiaj będzie to kierunek zachodnio-południowy. Jako, że trafiłem na numer startowy 759 to dostałem mapę jako przedostatni w 40-osobowej grupie. Niestety rozdawanie map trwało strasznie długo i sam ją dostałem już po planowanej godzinie startu. Jednym rzutem oka stwierdzam, że da się przejechać tak jak pierwotnie założyłem, wyjdzie kółko przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Jak zwykle przy takim dystansie skupiam się więc na 6 najbliższych moim założeniom punktach, a na resztę tylko zerkam. Rysuję markerem początek trasy, później i tak będzie trzeba zweryfikować pozostałe 14 punktów w zalezności od warunków na trasie, przynajmniej będę miał chwilę na odpoczynek. Podczas planowania zakładam, że omijam drogi gruntowe bo nie wiadomo czego się po nich spodziewać. Asfalt właśnie przesychał, ale w terenie musi być mokro.

Mocny początek
Z mapą właściwie spędziłem 3 minuty. Przede mną ruszyła może 1/3 zawodników to i tak słaby wynik, zważywszy na fakt, że wiele osób miało dużo dłużej mapę w rękach niż ja. Jedzie mi się nadspodziewanie dobrze, tygodniowy odpoczynek od roweru zrobił swoje. Zdobycie PK10 nie sprawia mi większych problemów, po około 3-kilometrowym kawałku asfaltem miałem pierwszy kontakt z drogami gruntowymi. Miłe zaskoczenie, kałuż wcale nie jest tak dużo, jedzie się dosyć nieźle, większość dróg była piaszczystych, co w tych warunkach było korzystne ponieważ woda szybko wsiąkała. Wpadam na punkt, gdzie jest niewielki ruch, podbijam punkt i od razu jadę. Decyduję się na jazdę szlakiem do asfaltu. Tak miałem narysowane na mapie, natomiast szlak okazał się słabo oznaczony i trochę się pogubiłem. Wreszcie na szosę trafią z Danielem Śmieją. Jedziemy mocnym tempem. Przy zjeździe z asfaltu rozdzielamy się. W lesie jadę sam, ale wkręca mi się gałąź w koła i muszę się zatrzymać przy ruszaniu widzę nadciągającą trójkę zawodników, to Daniel, Paweł Brudło oraz nieznany mi zawodnik. Postanowiłem chwilę zwolnić i dać wyprzedzić, aby na punkt pojechać w takiej grupie. PK20 w końcu za 5 pkt, więc powinien być trudniejszy w takim mocnym składzie mniejsze prawdopodobieństwo długiego szukania. W rezultacie punkt był łatwy, przynajmniej jadąc sam trafiłbym bez problemu. W tym momencie jesteśmy w czołówce osób decydujących się na taki wariant przejazdu. Na samym punkcie po raz pierwszy i ostatni pokierował za mną owczy pęd. Paweł i Daniel jadą na zachód, ja mam narysowany powrót tą samą drogą na południe. Nie chcąc nic tracić kontaktu z czołówką wybieram kierunek zachodni. Okazuje się on nie najlepszy, drogi słabo przejezdne. Po wyjeździe na asfalt, Paweł znika w lesie, wcześniej pamiętam jeszcze jego stwierdzenie, ze gdyby nie wiatr to trasa byłaby do zrobienia. Ja i Daniel wybieramy asfalt. Na PK2 docieram już sam nie wytrzymując tempa cieńszych opon przeciwnika. Kiedy zobaczyłem namiot chciałem odjechać bez podbijania, nie zgadzał mi się on z mapą i nie chciałem dać wiary dziewczynom punktowym, że to jest punkt trasy rowerowej. Było to jedno z dwóch miejsc które nie zgadzało się dla mnie z mapą. Zresztą droga które miała być obok punktu asfaltowa okazała się fatalnymi "kocimi łbami". Przy dojeździe do skrzyżowania widzę Daniela studiującego mapę, ja wybieram PK18 i bez zatrzymania jadę już sam.
Przy długim przebiegu do PK18 cały czas mam wątpliwości czy jednak nie robić PK14. Ostatecznie wybieram już nie zmieniać. Punkt 18 jest również za 5 punktów, dodatkowo najazd według mapy od wschodu nie wydaje się najłatwiejszy. Będąc już blisko widzę zawodnika wracającego, który stwierdza, że „tędy się nie da”, ale dowiedział się od miejscowego którędy można. Mam wątpliwości bo z mapy to nie wynika, w końcu zadecydowałem, że przy trudniejszym punkcie lepiej szukać we dwóch. Wariant okazał się skuteczny, ale za mostkiem zostawiam "pomocnika" i na punkt przyjeżdżam jako pierwszy i to pierwszy spośród wszystkich startujących. Tak miało być przez następny odcinek.

Samotna jazda
Dalej bardzo prosty fragment trasy na południe z kombinacją PK4 i PK16. Na obu melduje się jako pierwszy. Jedziecie mi się nadzwyczaj dobrze. Dopiero na około 50 kilometrze zaczynam coś jeść i to tylko z zasady, bo śniadanie jeszcze tkwiło nie spalone. Niestety zaczyna się problem z plecami. Obciążony plecak robi swoje i kręgosłup z każdym kilometrem dawał o sobie coraz bardziej znak.
Kolejny punkt to PK14, bałem się najazdu z racji mocno „przerywanych” dróg na mapie, w rezultacie przebieg był bardzo prosty. Zaczynam ponownie mijać zawodników, są już mocno za mną jeśli chodzi o zdobycze punktowe. Przychodzi czas na PK12, trochę ukryty, ale o dziwo jakby podświadomie dokładnie wiem gdzie jechać. Na punkcie robię krótka przerwę i sprawdzam jakość gain bolicu wybijając połowę zawartości. 10 kilometrów dalej zaczyna się kryzys, pojawia się ból brzucha i myśli powrotu do bazy. Do tej pory nie wiem jaka była przyczyna, ale zaczęło się właśnie po spożyciu białego płynu. Do PK6 tempo jazdy było jeszcze przyzwoite dalej gwałtownie słabłem. Wracając z punktu skręcam za wcześnie na szutrowych drogach przez wioski w rezultacie kręcę się zdecydowanie za długo pomiędzy polami. Co chwile zjazdy i podjazdy, w pewnym momencie dobija mnie widok… wyciągu narciarskiego. Musiałem zrobić dwie przerwy, aby odetchnąć. Przed PK1 na 5 minut kładę się obok drogi, właściwie bolało mnie wszystko oprócz głowy, poczynając od kolan, poprzez prawe udo, brzuch, no i kręgosłup. Mija mnie zawodnik patrząc z politowaniem, a może i wyższością nad "niedotrenowanym" rywalem. Dojeżdżam do samego punktu ostatkiem sił i wypijam całą butelkę coli. Na razie nie rezygnuję, postanawiam realizować dalej plan, ale jestem ogromnie na siebie zły, że pojechałem na PK1. Zysk punktowy prawie żaden, dodatkowo „jedynka” nie leżała po drodze, jeszcze ta świadomość że przy takim kryzysie i tempie jazdy Harapagana i tak nie zdobędę. Na asfalcie do Kartuz człapię się 15 km/h, siłą woli wyrzucam myśl o zatrzymaniu się i położeniu na przystanku autobusowym. Za Kartuzami zaczyna być trochę lepiej, na samym PK7, który również nie stanowił żadnego problemu postanawiam zrobić przerwę 5 minut. Zjadam dwie bułki z kabanosami, aby żołądek zaczął pracować. Podwyższam siodełko i smaruje łańcuch.
Zaczyna być dużo lepiej i zaczynam osiągać dobre tempo. Ból brzucha i kolan powoli ustaje. Kolejny punkt, znowu ku mojemu zdziwieniu bez problemu zdobywam, chociaż PK19 na mapie wyglądała niebezpiecznie. PK9, jako, że znajdował się w moim wariancie w 3/4 trasy postanawiam chwilę przeanalizować dalszy przejazd. Obliczam dystans do końca przy pomocy linijki - 60 km, czas 3h 45 min do końca limitu. próbuję to przeliczyć na średnią prędkość jazdy, mam problemy, więc zakładam, że mam 4h do końca czasu, wtedy średnia mi wychodzi 15 km/h. Wychodzi na to, że jest duża szansa i na razie żadnego punktu nie odrzucam, tym bardziej, że ostatnie kilometry jechało mi się bardzo dobrze. Jeszcze się zastanawiam czy nie pomyliłem się w obliczeniach, bo mój kryzys to przynajmniej 30 minut straty od normalnego tempa.

Wyścig z czasem
Na drodze do PK13 wyprzedam grupę zawodników, dogania mnie po chwili jeden z nich i proponuje współpracę ponieważ tempo grupy było dla niego za wolne. To Piotr z Gdańska, który z góry przyznaje, że z nawigacją jest u niego źle, nie długo okazało się, że nie przesadził z tym stwierdzeniem. Nie obawiałem się tego, bo dzisiaj nawiguję prawie doskonale. Jedziemy razem, od razu informuję o moich planach zdobycia wszystkich pozostałych punktów i przez to wymaganej mobilizacji oraz szybkiej jazdy. Lokalizuję PK13, nie było to trudne, zresztą pomogły ślady poprzedników. Do PK17 dłuższy odcinek asfaltem, Piotr prowadzi. Tempo koło 32-33km/h, na podjeździe nie daję rady, ale potem znowu jesteśmy razem. Zadziwia mnie moja forma bo czuję się dobrze, a w nogach mam ponad 170 km, ale w nogach również zaczęły się pojawiać coraz częstsze skurcze. PK17, PK15, PK3 bez historii, ale Piotr stwierdza, że w takim tempie nie da rady bo kończy mu się picie. Wtedy sprawdzam ile mi zostało. Dzielę się połową bidona i z ogromnym zaskoczeniem stwierdzam, że mam ponad litr izotonika w bukłaku. Od tamtej pory ustnika prawie nie wyjmowałem z ust. Zaczynam mieć obawy, bo zostało 1h 15 min i 3 punkty do zdobycia. Do PK5 najazd inny niż się planowałem, ale zawiniła nieaktualność mapy. Przed kolejnym punktem Piotr jednak stwierdza, że musi wpaść do sklepu bo jest kiepsko. 5-minutowe zakupy mocno mi się dłużyły, za to miałem czas do dokładnego zaplanowania dalszych przebiegów. PK11 zdobywamy bez problemu, został ostatni punkt. Tutaj w pobliżu lotniska popełniam błąd i wybieramy nie tę drogę, tracimy znowu około 5 minut. Powrót, ale na horyzoncie widać już grupki pieszych zmierzających na ten sam punkt, więc nie ma problemu. Na wyjeździe z PK8 zostało 18 minut do końca czasu. Piotr stwierdza, że stąd zna drogę - jeździ tędy codziennie. Boję się zaufać, pomny poprzednich doświadczeń, ale jakbym chciał jechać sam może być jeszcze gorzej ze względu na mocno zurbanizowany teren. Obaj jedziemy mocno zmęczeni. Tempo około 24-25 km/h. Na metę wpadamy i okazuje się, że zostało jeszcze 7 minut do końca. Zdobyłem Harapagana!

Podsumowanie
Łatwo położone punkty kontrolne to hasło jakie najczęściej jest powtarzane po wyścigu. Również się przyłączam do niego. Nie miałem problemu z żadnym z nich, jedyne trudności napotykałem na przebiegach pomiędzy punktami. Pełną radość przysłania mi fakt, że tytuł Harpagana na takiej edycji może nie być pełnoprawnie traktowany. Tym bardziej spada na mnie większe wyzwanie udowodnienia że to nie był przypadek na kolejnych edycjach. Zapytany na mecie, czy będę miał jeszcze motywację przyjeżdżać na Harpagany odpowiedziałem, że na pewno tak. Teraz zastanawiam się, czy nie obrać sobie nowego wyzwania, którym mogłoby być zdobycie tytułu na trasie mieszanej, kto wie... ;)

Z każdych zawodów trzeba wyciągać wnioski, więc na minus zaliczam zdecydowanie błędne przygotowanie logistyczne, przeładowany plecak, który spowodował ból pleców, aż do poniedziałku. Nie potrafiłem zaplanować ilości niezbędnego jedzenia, przywiozłem 2/3 tego co ze sobą zabrałem. Co gorsza na mecie mogłem jeszcze wypić 0,5 l pozostałego w bukłaku izotonika, co w obliczu napadających skurczów jest fatalną informacją. Jestem natomiast bardzo zadowolony ze swojej nawigacji, jazda była płynna. Na pewno pomagała taktyka częstego zapamiętywania dystansu z licznika przy charakterystycznych punktach na mapie

Regenerację po Harpaganie kończę właśnie tą relacją. Czy to był tylko jednorazowy wystrzał formy, czy może zapowiedź lepszego niż poprzedni sezon to się okaże już wkrótce, na DyMno.


Statystyki:
Czas na mecie: 11h 49min
Dystans: 228,06 km
Czas jazdy: 10h 45min
Średnia prędkość: 20,85 km/h
Maksymalna prędkość: 63,19 km/h
Średnie tętno: 150 uderzeń/minutę
Maksymalne tętno: 181 uderzeń/minutę
Spalone kalorie: 9087 kcal
Czas w I strefie: 13%
Czas w II strefie: 42%
Czas w III strefie: 44%

niedziela, 28 lutego 2010

Zintegrowany Rozkład Pociągów Podmiejskich edycja 2009/2010 (aktualizacja 28.02.2010)

Z związku z marcową korektą rozkładu jazdy pociągów publikuje poprawioną wersję ZRPP.
Zmiany są czysto kosmetyczne (głównie dotyczą terminów kursowania).

ZRPP html
ZRPP pdf

piątek, 26 lutego 2010

GrandPrix Polski na torze w Pruszkowie

Wreszcie ktoś profesjonalny bierze się za organizację imprezy na pruszkowskim welodromie. LangTeam 12-13.03.2010 urządza GrandPrix Polski połączoną z prezentacją Tour de Pologne 2010. Zapowiedź brzmi zachęcająco, szkoda tylko, że mało słychać o tym wydarzeniu (no może nie do końca, bo ja się dowiedziałem z TVP1 w środę ok 23.00, kiedy kończono relację z meczu hokejowego na IO - jednym z gości w studiu był Czesław Lang).

W dniach 12-13 maca 2010 roku Polski Związek Kolarski wraz z firmą Lang Team będzie organizatorem międzynarodowych zawodów kolarskich Grand Prix Polski, które odbędą się na torze kolarskim BGŻ Arena w Pruszkowie.Wyścigi połączone będą z uroczystą galą prezentującą tegoroczny Tour de Pologne. Dzięki temu do Pruszkowa zjadą się nie tylko znakomici kolarze, ale również znane osobistości. Będzie to wydarzenie niezwykle medialne, które pokaże Pruszków i powiat pruszkowski jako miejsce, do którego ściągają najważniejsze wydarzenia sportowe w Polsce, takie jak Tour de Pologne.Zawody będą trwały dwa dni i rozegrane zostaną wyłącznie w dyscyplinach olimpijskich. Przewidziana pula nagród to 10tys.€. Większość finałów odbędzie się podczas uroczystej gali w sobotę o godz. 20:00. Wyścigom towarzyszyć będzie odpowiednia oprawa łącząca elementy gry światłem i muzykę. Całość stworzy niepowtarzalne widowisko sportowo-artystyczne. Uczestnictwo w nim będzie możliwe zarówno dla kibiców jak też dla zaproszonych gości.
http://www.bgzarena.com/pl/home/grand_prix_polski

Program

niedziela, 22 listopada 2009

Zintegrowany Rozkład Pociągów Podmiejskich edycja 2009/2010 (aktualizacja 11.12.2009)

Niemcy jak zwykle wiedzą wcześniej jak będą jeździć pociągi u nas, więc wykorzystując dane dostępne na ich wyszukiwarce zaaktualizowałem mój ZRPP na trasie Piastów-Warszawa.

Rozkład jest już potwierdzony. Zmian właściwie nie ma.

Podsumowanie zmian, które nastąpią 13.12.2009:
- całkowita ilość par pociągów: 114 było 107
- zwiększona ilość pociągów SKM, przy czym część nowych kursuje tylko w dni robocze, a część codziennie oprócz niedziel
- zdecydowana poprawa w porannym szczycie (6-9), w sumie 4 3 kursy więcej. Od 7.01 do 8:03 pociągi co 5 minut (z jednym wyjątkiem: 8 minut przerwy)!
- lepsze rozłożenie pociągów w szczycie popołudniowym, nie ma już 20 minutowych przerw w godzinach 14-19.
- Ostatni pociąg SKM do Pruszkowa w soboty i niedziele odjeżdża ze Śródmieścia o 1.05

ZRPP html (aktualizacja 11.12.2009)
ZRPP pdf (aktualizacja 11.12.2009)

Rozkład docelowy może się różnić, nie wykluczam również, że mogłem popełnić błędy przy przepisywaniu.

niedziela, 25 października 2009

Powrót: coś dla zainteresowanych koleją z moich okolic

Czas coś napisać po dłuższej przerwie. Przez ostatni czas cierpiałem na brak czasu i weny, ale głównie tego drugiego - nie chciałem pisać czegoś zupełnie nie przydatnego dla "społeczeństwa". Dzisiaj znalazłem temat, który może kilka osób zainteresować.

PKP PLK ogłosiło SIWZ na modernizację linii kolejowej Warszawa Zachodnia - Łódź Fabryczna na odcinku Warszawa Zachodnia - Skierniewice.
Pozwoliłem sobie pobieżnie przewanalizować ten dokument i wypunktować fakty, które dotyczą bezpośrednio Piastowa, Pruszkowa i okolic.
  1. Jóżefinów - wyburzenie budynku nastawni (w zeszłym roku zakończył się jego remont :P )
  2. Piastów - remont przejścia podziemnego
  3. Pruszków - likwidacja kłatki nad peronem i jednoczesne przedłużenie tunelu na drugą stronę torów połączone z remontem tunelu.
  4. Pruszków - wyburzenie obydwu nastawni i budowa jednej
  5. Pruszków - dobudowanie nowej wschodniej głowicy stacji pozwalającej na przejazd z torów dalekobieżnych na podmiejskie i na odwrót zza perony po stronie Warszawy
  6. Pruszków - likwidacja przejazdu (na czas budowy wiaduktu udostępniony ma być tymczasowy przejazd kilkaset metrów dalej w stronę Brwinowa
  7. Parzniew - zupełna likwidacja przejazdu
Generalnie oba tory dalekobieżne otrzymają nowe podkłady, szyny i sieć trakcyjną, Odzyskane tory posłużą za remont torów dodatkowych i towarowych. Na odcinku Warszawa Zachodnia - Włochy tory nie będą wymieniane, ale lepsze wyprofilowanie łuków ma pozwolić na podwyższenie prędkości do 90 km/h, dalej do Skierniewic już całkowicie 160 km/h.

Tory podmiejskie oraz perony nie będą ruszane, chociaż według zapowiedzi sprzed kilku miesięcy, w 2010 roku ma zacząć się budowa przystanku Ursus Niedźwiadek.

Zanim przetarg i pewnie protesty zostaną rostrzygnięte minie jeszcze sporo czasu. Modernizacja ma być zakończona "na EURO".

Dociekliwi mogą sami zopaznać się ze specyfikacją przetargu na: http://www.przetargi.plk-sa.pl/kprzetarg_szczegoly.php?szczegoly_id=7793661e945f0f90fc1eeb52823c3ca9&futix=-43296000

niedziela, 5 lipca 2009

Pierwszy maraton MTB...

W końcu postanowiłem zobaczyć jak to jest i co ludzie w tym widzą. To, że Maraton MTB będzie się różnić od Maratonów na Orientację to wiedziałem, ale nie zdawałem sobie sprawy, że aż tak.

Memoriał Bercika, impreza robiona z potrzeby serca, darmowa, pełna nawiązań do zmarłego tragicznie bohatera zawodów. Nie będę skupiał na samej organizacji, bo została przeprowadzona perfekcyjnie, a mnogość sponsorów zaowocowała wielością nagród oraz pełnym bufetem darmowych kalorii po zawodach! Gratulację, bo sam wiem ile kosztuje zorganizowanie czegoś takiego.

Na starcie dystansu SPORT (miało być 51 km, w trzech pętlach po 17km) stanęło ok. 100 zawodników. Trochę za późno się zorientowałem, że niektórzy się zaczęli ustawiać już na starcie i zająłem pozycję w środku stawki. Jak się później okazało taka pozycja właściwie dyskwalifikuje z walki o dobre miejsca. Organizatorzy zapowiadali, że początek miał być czymś w rodzaju rundy honorowej stąd spodziewałem się, że uda mi się zyskać kilka pozycji. Okazało się inaczej.

Start i od razu z grubej rury, łańcuch na blat i 40-42 kmph. Ostro, ale udaje mi się zyskać kilka pozycji zanim nastąpi zjazd w teren. W oddali widzę, że pierwsi już zjeżdżają, w tym momencie miałem już 10-15 sekund straty. Pierwsza runda to dla mnie duże zaskoczenie, nazwałbym to szaleństwem. Jazda cały czas na najwyższych obrotach, nie ma kiedy sięgnąć po bidon, bo od razy ktoś Ci odjeżdża. Z racji swojej dalszej pozycji pierwsze kółko upłynęło pod znakiem wyprzedzania. Może dla niektórych jest to motywujące, mnie trochę deprymuje jak muszę wyprzedzić kogoś wolniejszego i jeszcze nie ma miejsca (50% trasy to single tracki bez szans na minięcie przeciwnika). Najwięcej zyskuję na podjazdach, często zapiaszczonych, opony sprawują się doskonale, były sytuacje gdzie mijałem za jednym razem 5 przeciwników. W połowie okrążenia wychodzi, że się nie do końca przygotowałem - siodełko od wstrząsów mi się obniżało. Dało się jechać, ale szczególnie na podjazdach traciłem parę w nogach. Na szczęście na całej trasie były dwa miejsca, które wymagały zejścia z roweru. Czekałem tylko na nie, aby podnieść wtedy siedzisko. Ogólnie patrząc to trasa była bardzo techniczna, poza kilkoma prostymi, wciąż szybkie zakręty nierzadko w piachu, naprawdę ostre zjazdy, i wąskie ścieżki pomiędzy drzewami i wystającymi pieńkami.

Na końcu pierwszego kółka nie widzę nikogo przed sobą. Akurat koniec i początek okrążenia jest po asfalcie, więc mogę przycisnąć. Sprawę utrudnia nieszczęsne siodełko, więc więcej niż 34 km/h nie daję rady. Tuż za bramką kończącą okrążenie stoją ludzie z butelkami z wodą. Fajne uczucie tak komuś wyrwać butelkę przy pełnej prędkości, wypić do połowy i rzucić w krzaki - będą mieli dużo sprzątania po zawodach. Woda i powerade były też w niektórych miejscach trasy. Szkoda, że niektórzy wyrzucają butelki na trasę a nie daleko w krzaki. Tuż przed zjazdem na szuter udaje mi się jeszcze kogoś wyprzedzić i znów jestem sam. Za chwile bufet. Są batony energetyczne, dla mnie pomysł zupełnie nietrafiony, przy takiej jeździe na pełnych obrotach i suchym gardle przełknięcie takiego jedzenia jest naprawdę trudne. W rezultacie podjęty na początku drugiego kółka baton zjadłem tylko do połowy robiąc gryza w sprzyjających momentach całego wyścigu.

W połowie drugiego kółka doganiam zawodników, okazuje się, że są to uczestnicy trasy krótkiej (1 okrążenie), która wystartowała 10 minut po nas. Znowu trzeba było wyprzedać. Krzyczałem, "lewa wolna" lub "prawa wolna", kiedy chciałem kogoś minąć. Nie wiem czy tak się robi, bo nikt tak nie krzyczał, najważniejsze, że działało, chociaż i tak traciłem prędkość oraz wybijało mi to z rytmu. W końcu udaje mi się dojść kilku gości z mojej trasy, ale tych mam szanse minąć tylko na podjazdach.

Na trzecim kółku czułem się już trochę znużony - znowu to samo. Na samym początku okrążenia minąłem znowu dwie osoby. W końcu dopadłem zawodnika w zielonym i trzymałem się za nim już do końca, jechał właściwie moim tempem i nie miałem jak go wyprzedzić. Jakieś 2 kilometry przed metą doganiamy grupkę 4 osób, więc wszystko miało się rozstrzygnąć na ostatniej prostej. Na nieszczęście moje siodełko było już naprawdę nisko. Więcej niż 32 km/h nie daję rady, wystarczy to tylko na to, żeby się utrzymać za grupką. Gdyby nie siodło, wydaje mi się, że zyskałbym przynajmniej ze dwie pozycje :(

Na mecie licznik wskazuje 48,5 km (co to jest przy maratonach 100-200 kilometrowych), zaskoczony jestem, że to już koniec bo zmęczenia dużego nie mam, jedynie czuję, że jestem trochę głodny - przez to tempo nie było kiedy jeść. Posilam się na szybko i idę na makaron. Wychodzi, że jestem 25. ze sporą stratą do zwycięzcy. Widzę jak wygląda integracja powyścigowa - trochę inaczej niż u orientalistów. Tutaj raczej każdy oddzielnie, a rozmowy dotyczą głównie nowości sprzętowych :D

Po dekoracji i losowaniu nagród, na którym znowu wyszło, że nie mam szczęścia (a wylosowano przynajmniej 2/3 zawodników) postanowiłem pojechać na Mazovię 24h, żeby zobaczyć jak idzie chłopakom po drodze zaliczając kilka waypointów.

Dystans maratonu: 48,5 km
Czas: 2:23:54 (+24 minuty do zwycięzcy)
Średnia: 20,1 km/h
Track: http://www.everytrail.com/view_trip.php?trip_id=262486
Straty: dwie szprychy i dwa koła do centrowania

Aktualizacja: Na stronie zawodów pojawiła się moja relacja, są też galerie.
Z całej masy zdjęć znalazłem siebie na jednym, tzn. jest jedno zdjęcie na którym jestem widoczny od przodu :)
Zdjęcie ze mną (ze względu na zastrzeżenie autora nie mogę pokazać samego zdjęcia, a jedynie link do niego).

czwartek, 2 lipca 2009

Bike Orient 2009 - relacja

Koniec I etapu - zdjęcie zapożyczone z bloga organizatora

To miał być mój dzień. Rower po serwisie, ja po regeneracji z kilkudniowym odpoczynkiem od dłuższych dystansów. Miejsce w pierwszej dziesiątce pewne, a może i szanse, aby powalczyć o coś więcej.
Tak z pełnymi nadziejami przybyłem do Ręczna. Rzeczywistość była zgoła odmienna.
Początek wymarzony. Pogoda wspaniała, czyli ulewa. Tuż po starcie przypadkowo i zupełnie niezależnie od siebie razem z kolegą Lewanem wybieramy taki sam wariant i atakujemy Gajówkę Pilicę. Jak za starych czasów koło za kołem 37km/h po kałużach w tym momencie już wiedziałem, że nie będzie to dla nas wyścig indywidualny. Zrobimy sobie trening wspólnej jazdy przed Odyseją.
PK1 znaleziony bez większych problemów chociaż zamiast przez Gajówkę pojechaliśmy ścieżką obok, potem szybko brud i „trójka”, gdzie jesteśmy przed... sędzią. Na szczęście lampion przyjeżdża zaraz za nami.
To był koniec sukcesów. Dalsza część może posłużyć jako materiał szkoleniowy jak NIE należy się ścigać w maratonach na orientację.

Prędzej czy później każdy orientalista nauczy się kilku zasad, których niestosowanie może odbić się na wyniku. Pomimo tego, że owe „reguły” znam i stosuję to tego dnia cofnąłem się w moim orientalistycznym rozwoju przynajmniej o rok.

1. Obserwuj mapę podczas jazdy
Mój start to ewidentny przykład jak można skończyć nie zerkając na mapę zbyt często. Nie dość, że można „przejechać” punkt, nie rzadko zdarza się wyjechać po prostu w innym kierunku niż ten który się zamierzało. I tak jadąc z PK10 na PK5 z planem zaatakowania kładki we wsi Szarbsko można wyjechać w środku wsi zamiast bezpośrednio z lasu przymierzyć się do wspomnianej kładki oszczędzając może i kilometr. Piękne krajobrazy podczas przekraczania Pilicy nie powinny zawracać w głowie, bo szukanie „okrągłej kępy drzew” może się zacząć kilkaset metrów za wcześnie i trwać zdecydowanie za długo.
W poszukiwaniu okrągłej kępy - zdjęcie zapożyczone z galerii użytkownika owca

2.Używaj kompasu
Prawda oczywista. W przypadku nawet najmniejszych wątpliwości warto zerknąć to magiczne urządzenie. Wypada również zrobić to kontrolnie co jakiś czas. Nie zliczę ile to razy pojechałem w kierunku nawet przeciwnym niż założony. Dobitnym przykładem jest „trzynastka” z mitycznym szybem solnym. W poszukiwaniu punktu przy leśniczówce wybrałem niewłaściwą drogę. Trwając przez 30 minut w przekonaniu, że to była ta właściwa. Co więcej próbowałem sobie dopasować mapę do tego co widzę w rzeczywistości i nawet mi to wychodziło (przyjmując poprawkę, że tutaj las kiedyś był i na mapie jest, ale teraz go wycięli, a tutaj nie było, ale go zasadzili). Gdy zrezygnowany czasie spotkałem ekipę dwóch innych zawodników przekonanych, że znają trasę również nie patrzyłem na mapę. Rezultat przejechałem punkt i szukałem lampionu znowu prawie kilometr za daleko. Gdy po prawie godzinie znalazłem szyb, zdenerwowanie przechodzące we wściekłość ograniczało moją poczytalność nie mówiąc już, że zbliżało do samobójstwa w celu eliminacji osobnika mniej roztropnego.

3.Mierz odległości na mapie.
Linijka to czasami rzecz wręcz niezbędna. 1 cm = 500 m – zapamiętać i przeliczać, kiedy tylko można. Do prawidłowego działania całego systemu niezbędny jest prawidłowo skalibrowany licznik. W moim przypadku licznik prawidłowo skalibrowany, linijka w dostępnym miejscu. Testowe pomiary wskazują średni błąd w terenie 15 metrów. Super, nic tylko korzystać. Korzystałem, ale oczywiście za rzadko. Szkoda czasu na wymienianie wszystkich pomyłek.

4.Oszczędzaj czas na punktach
Na punkcie kontrolnym podbij kartę i ruszaj dalej. Nawigować, jeść czy pić możesz już podczas jazdy. Tak to już jest, że jak się jedzie z kumplem to względy towarzyskie przeważają. Na „dwójce” tracimy dwie pozycje, bo musimy się napić, przejażdżka krypą kosztuje nas przynajmniej jedno miejsce. Co z tego, że później je nadrabiamy jak musimy włożyć w to więcej pary. Ale już szczytem lenistwa tylko trochę usprawiedliwionym był PK15. Lewan zrywa łańcuch a ja idę w ustronne miejsce, a potem debaty nad naszą sytuacją... o kilkanaście minut za dużo.
Na krypie, zdjęcie zapożyczone z galerii www.fotorogalski.pl

5.Jak już masz pytać miejscowych o drogę to rób to umiejętnie
Miejscowi dużo wiedzą, ale pytania do nich muszą być precyzyjne i raczej nie powinny zawierać skomplikowanego, technicznego słownictwa. Jeśli tubylec plącze się w zeznaniach należy znaleźć następnego lub najlepiej samemu dojść do prawdy. Niedobór cukru, myśl o bufecie i kończący się czas to żadne usprawiedliwienie tego, że zamiast o „kładkę” pytam się o „most” miejscowego kibica we wsi Chałupy. „Za sklepem w lewo, ubitą drogą”. Nie wiem co sobie myślałem, może to, że dwie przeprawy nie mogą być tak blisko siebie. W rezultacie po przejeździe przez most i zorientowaniu się, że punkt jest jednak dobry kilometr do tyłu. Padły ostre epitety.

Rezultat tej modelowej jazdy to 24. miejsce. Jeden punkt opuszczony. Powrót na najwyższych obrotach, ze skórczami łydek i marzeniami o prysznicu.

Ale czy tak zapamiętam Bike Orient 2009? Nie tylko. Głównie rzuciła mi się w oczy atrakcyjna i odludna okolica, prawdziwy orient. Z rzadka występujące wsie pełne były ludzi przyglądających się i kibicujących nam, zawodnikom. Takiej ilości i jakości kibicowania na moją cześć nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek miał.
Pierwsza przeprawa przez Pilicę - zdjęcie zapożyczone z galerii powyścigowej

Bike Orient to również Organizatorzy, którzy całą imprezę rozegrali perfekcyjnie. Począwszy od trasy, technicznej, ale dającej dużo radości z jazdy. Kończąc na oprawie powyścigowej o której mogę tylko niestety poczytać, bo zaganiany obowiązkami zmuszony byłem wracać do domu już w sobotni wieczór.

Do zobaczenia za rok Bike Orient, a trochę wcześniej na WaypointRace 2010 ;)

sobota, 16 maja 2009

DyMno 2009 - relacja zawodnika trasy C-100


DyMno słynie z ciężkiej nawigacji i trudno dostępnych punktów. Ten mit rośnie z roku na rok i co raz bardziej odstraszał mnie przed podjęciem wyzwania. Dość powiedzieć, że wielu starych wyjadaczy szos i szutrów nie może się pochwalić ukończeniem DyMna. Postanowiłem i ja się przekonać w czym diabeł straszny i z chęcią zdobycia punktów do Pucharu Polski czego wymogiem jest zaliczenie wszystkich punktów kontrolnych zdecydowałem się pojechać do Łochowa.

Przed
Wyścig zaczął się dla mnie już w piątek wieczorem, kiedy musiałem w 7 minut przetransportować się z warszawskiego dworca wschodniego na Wileniaka. Teoretycznie spokojnie wykonalne, gdyby nie korki. Wśród trąbienia i krzyków pieszych zdążyłem tuż przed odjazdem. Na peronie czekała mnie niespodzianka - kompletnie zawalony pociąg. Wreszcie ulokowałem się w służbówce opierając się jednym bokiem o wózek dla dzieci a drugi o współpasażerów. Klimat w pociągu pozwał mi poczuć charakter terenów na których już następnego dnia przyjdzie mi się ścigać. Pasażerowie na drugim gazie, głośne rozmowy, czy gderające przekupy to wszystko dawało mi przekonanie że wybrałem właściwy kierunek.
Było jeszcze jasno gdy wysiadłem na łochowski peronie. Świeżą krew od razu wyczuło miejscowe towarzystwo komarów. Należy przyznać, że te owady mają w tych okolicach chyba swoją ojczyznę, są po prostu wszędzie i jedyne co zostaje to przyzwyczaić się do ich towarzystwa, co nie jest w cale łatwe i nie daje dużej ulgi.
Z dworca udałem się tradycyjny pakiet startowy do miejscowej Biedronki, a następnie do szkoły - bazy wyścigu. Rejestracja teoretycznie od godziny 20.00, jestem kilka minut po, w szkole z zawodników jest może kilka osób, a zarejestrować się jeszcze nie można. 1,5 godziny później nadal organizatorzy nie uporali się z papierami, ale udało mi się wybłagać, żeby mnie gdzieś tam wpisali. Zależało mi na wczesnym pójściu spać po kilku słabo przespanych nocach. Niestety nadzieja na długi sen szybko minęła, po tym jak się okazało, że odprawa startowa jest zaplanowana gdzieś między 22 a 23.
W pakiecie startowym otrzymuje numer 101 w wersji na rower i na plecy, koszulkę, jest też worek foliowy na mapę, do którego nie przywiązuję zbytniej wagi - mam swój mapnik. Dostaję również kartę startową, dosyć ciekawą bo dużą, zalaminowaną i kolorową w zestawie ze sznurkiem. Już po wyścigu stwierdziłem, że metoda z kartą wiszącą na szyi nie jest wcale głupia o ile ma się kilka warstw odzieży i karta znajduje się pomiędzy warstwą zewnętrzną a wewnętrzną, dzięki temu się nie majta się podczas jazdy i nie drażni skóry.
Wśród zawodników rozpoznaję znajome twarze - będzie ciężko bo mocno towarzystwo się zjawiło, a nie ma jeszcze Warszawy, która z pewnością pojawi się w sobotę z rana. Z odprawy pamiętam 3 rzeczy: dużo map, mapy do użytku wewnętrznego, mapy są stare i czasami mocno nieaktualne. Z takimi pozytywnymi informacjami poszedłem spać.

Poranek
Rano kaszka z pakietu startowego, sprawdzenie temperatury i powitanie z komarami. Mogę przystąpić do wyboru ubioru, a wziąłem tego całą masę na każde warunki. Wybieram zestaw long, czyli długie gacie rowerowe i ciepła bluza. Zakładam też swoje nowe akcesorium - nerkę prosto ze Szwecji. Obładowana nieźle wibruje na moim krzyżu, ale do startu zostało mało czasu i trzeba tak spróbować jechać.
Na starcie wszyscy ustawiają się w szeregu, jako, że mi się zachciało wczoraj rejestrować jako pierwszemu jestem pierwszym z brzegu. W ręce wpadają mi dwie mapy i już wiem dlaczego DyMno jest takie trudne. Nie mogąc publikować map muszę to jakoś opisać. Na mapie w większej skali (1:60000) naniesione są tylko bardzo przybliżone obszary w których jest punkt kontrolny, natomiast druga płachta zawiera wycinki map w skali 1:25000, gdzie są pokazane najbliższe okolice punktu. Obie mapy są z różnych źródeł i z różnym stopniem aktualności. To sprawia że ścieżki obecne na jednej mapie nie znajdują się na drugiej itd. Sama nawigacja powinna wyglądać tak, że na mapie w gorszej skali nawigujemy do okolic punktu i przełączamy się na dokładną mapę.

Etap I - woda
Pierwszy etap to teoretycznie 71km, chyba prawie nikt nie liczy, że do takiego wyniku uda mu się zejść. Etap polega na zdobyciu w kolejności: 1. Punktu Kontrolnego dalej w dowolnej kolejności dziewięciu PK i Odcinka Specjalnego następnie należy się udać na 14 PK, gdzie po zrobienie etapu 2 można wrócić na punkty 15 i 16 z etapu I. Wszystko brzmi mocno zagmatwanie, a jeszcze bardziej wprawiała w konfuzję karta startowa z całą masą pół na perforację.
Patrząc na mapę wybieram najkorzystniejszy wariant dojazdu na PK1, na 10 sekund przed startem zorientowałem się, że wybrałem trasę przez drogę wykreślona ze ścigania. Po 5 sekund dochodzę do wniosku, że to i tak nie ma znaczenia, bo wszyscy ruszą razem. Trzeba tylko wybrać dobrych żywicieli i na aliena dojechać do pierwszego punktu i dopiera tam zacznie się prawdziwe ściganie. Tak też zrobiłem. Wyszło idealnie, bo byłem w ścisłej czołówce zupełnie nie wiedząc gdzie jadę.Teraz czas na scorelauf.
Trasa była oczywista i ta dowolna kolejność raczej była mało dowolna i większość wybrała taki sam wariant. Do pierwszego punktu dojechałem trochę z kłopotami, byłem w czołówce tak że nie widziałem nikogo przed sobą i to mnie zmyliło po trochę przejechałem właściwy zjazd i kiedy znalazłem już punkt to mijali mnie ludzie, którzy raczej powinni oglądać moje plecy :D Dalej jadę na punkt, którego teraz sobie nie mogę zupełnie przypomnieć, ale opis na mapie "szczyt górki (bez dojazdu)" wiele tłumaczy. Następnie padł wybór na odcinek specjalny, polega on na odnalezienie 3PK na dokładnie oznaczonej trasie. Czyli albo trzeba jechać wolno i się rozglądać na wszystkie strony, albo połączyć siły i w grupie szukać punktów. Tuż przed wjazdem na OS doganiam mocny zespół w którym jest kilku znanych zawodników, jednak ku mojemu zdziwieniu postanowili skręcić w lewo, co wydawało mi się bez sensu, pojechałem prosto i wjechałem na OS z pewną przewagą przed nimi. "Odcinek specjalny wokół rzeczki Dzięciołek" jak sama nazwa wskazuje miał dużo wspólnego z wodą. Rzekę pokonywało się kilkakrotnie, najefektowniej oczywiście na rowerze. Co do ukrycia punktów to jeden był tak perfidnie schowany, że musiałem się po niego wracać po wymianie zdań ze spotkanymi przeciwnikami. Ale nie było tak źle po OS wciąż byłem wysoko,... no nie licząc "wymiataczy", których to już właściwie od początku nie widziałem. Dalej kilka prostszych i łatwiejszych punktów. Na jednym spotykam ekipę z trasy ekstremalnej która wystartowała 2 godziny przede mną - atmosfera piknikowa. Na następnym jeszcze jedna ekipa z kategorii E - tutaj jest gorzej - urwany hak od przerzutki. Nie jedyna taka awaria na tegorocznym DyMnie, mnogość gałęzi i wszelkiej innej maści roślinności spowodował kilka połamanych haków, szprych, czy zerwanych łańcuchów.
Po połowie pętli przychodzi mi walka pod wiatr. Na długiej asfaltowej prostej mija mnie z naprzeciwka mocny team m.in. z Wikim we tradycyjnej flanelowej koszulki oraz Vigilem z Otwockiej Grupy. W tym momencie pojawiało się standardowe myślenie "Co ja tutaj robię?", a było to dopiero 50 km. Na szczęście kolejne punkty robię dosyć gładko, a przeświadczenie, ze nie jest źle potwierdzam gdy mijam zmierzającego dopiero na zdobyty już przeze mnie punkt Inżyniera z TCP. Przyszedł czas na punkt który znajduje się przy oczku wodnym, przy czym na mapie pokazany jest dawny przebieg Bugu, a oczko jest teraz po drugiej stronie rzeki. Ja się wkopałem, zamiast szukać starorzecza to kręciłem się kilkaset metrów za wcześnie. Wreszcie po 20 minutach zobaczyłem na horyzoncie jedną z tych najlepszych dziewczyn w kraju w rowerowych zawodach na orientację - Annę Kamińską. Zjechała po prostu z wału wprost do punktu. Wkurzony ruszyłem za nią, a za mną wspomniany wcześniej team z Wikim, Vigilem i jeszcze jednym kolegą. Po tym został jeszcze jeden punkt przed zmianą etapu. Punkt o nurtującej nazwie "Wpław" znajdujący się przed sporą rzeczką. Moja przeciwniczka odpuściła pokonywanie wody. Dla mnie to szansa, woda po pas, rower nad głową i jestem po drugiej stronie. Uciekam w kierunku kolejnego punktu lecz wpadłem w ogrodzone gospodarstwo wracając dołączam się do teamu, który przewijał się na mojej trasie już kilka razy i tak jechaliśmy już do samej mety.
Przed dojazdem na przepak, gdzie mieliśmy otrzymać mapy na drugi etap zniknąłem z oczu rywalom zyskując nad nimi półtorej minuty i to był ostatni akcent mojego indywidualnego ścigania tego dnia. Spoglądając na listę osób przede mną stwierdzam, że nie jest kiepsko - chyba pierwsza dziesiątka, ale "przecinaki" z prawie godzinną przewagą nade mną... różnica kilku klas jeszcze.

Etap II - piach
Nowe mapy podcinają skrzydła. Punktów jest 10 i wydaje się, że w jeszcze trudniejszym terenie niż pierwszy etap. Napełniam bidony, w pośpiechu zjadam otrzymany baton i ruszam za oddalającym się teamem, który zaliczył wyjątkowo krótki pobyt na "półmetku".
Drugi etap to jeszcze więcej piachu, jeszcze więcej dróg których nie ma na mapie i tych które są na mapie, ale nie ma w rzeczywistości i jeszcze większe zmęczenie. O dziwo nie idzie nam źle. W 4-osobowym zespole zawsze jest ktoś kto w danym momencie nie ma zaćmienia, więc większych błędów nawigacyjnych nie popełniamy, co nie znaczy że nie było wątpliwości... były i to czasami bardzo duże. Ja się wziąłem za mierzenie dystansów na mapie i porównywanie ich ze stanem licznika, kilka razy się przydało. W połowie etapu II łapiemy zagubionego zawodnika i nasz team liczy już 5 osób. Po wyczerpujących 6 pierwszych punktach tego etapu 4 kolejne można uznać za łatwe i szybkie. Niestety na 90 km, czyje ostre kłucie w brzuchu. Oczywiście kupa różnych słodkich specyfików energetycznych dała po sobie znać. Póki się nie ogarnąłem kilka kilometrów przejechałem półprzytomny wlekąc się na końcu stawki i zupełnie nie kontrolując swojej pozycji na mapie.
Po zrobieniu wreszcie 10PK II etapu, wracamy na mapy z I etapu i robimy pozostałe 2 punkty. Piach jakby się zmniejszył, na ostatnim punkcie wpadamy na dwuosobowy team ekstremalistów, którzy są po 90 km rowerem i 20 km kajakiem. Razem z nimi kierujemy się do mety. Droga stała się już mocno utwardzonym szutrem, więc mogliśmy rozwinąć niezłą prędkość. Jadąc trochę na oślep i wybierając ścieżki głównie metodą "na azymut" wpadamy niestety na zakazaną drogę krajową nr 62 z której do mety jest około 1km. Chwila konsternacji i wspólna decyzja to spokojny przejazd do bazy wyścigu chodnikiem, a później poboczem dla pieszych. Mam nadzieję, że nie złamaliśmy tym samym regulaminu, bo tempo przejazdu jak i niewjeżdżanie na asfalt raczej nam skomplikowały sprawę niż ułatwiło.

Meta
Na metę wpadamy wspólnie około godziny 19.10, czyli po przeszło 10 godzinach jazdy. Licznik wskazuje równo 130 km. GPS do rejestracji śladu padł na 104 km. Zupa pomidorowa z ryżem jeszcze nigdy mi tak nie smakowało, a generalnie wolę w makaronem.
Muszę przyznać, że jestem z siebie zadowolony, lepiej oczywiście jakbym całość przejechał sam, ale wtedy liczę, że przyjechałbym nawet godzinę później.
Kolejne cele to zorganizować fantastyczny WaypointRace, później niegorszy od niego Epilog, no i wyprawa na Bike Orient.
Ostatecznie zająłem 9. miejsce, nawet jestem zadowolony bo strata do czołówki jakby się trochę zmniejszyła.

Strona imprezy: http://www.dymno.prv.pl/
Mój track (do momentu jak GPS działał): http://www.everytrail.com/view_trip.php?trip_id=204526

PS: Ostatnio mało piszę, bo brakuje mi na to czasu. Nie mniej jednak ten post jest dwusetnym na tym blogu.

sobota, 11 kwietnia 2009

Trochę więcej czasu

Zapraszam do przeczytania mojego pomistrzowskiego felietonu z pruszkowskich zawodów w najnowszym numerze WaypointPress.

Korzystając z okazji pochwalę się zakończeniem swojej edukacji i uzyskaniem tytułu zawodowego przed nazwiskiem, co pozwoli mi odzyskać trochę wolnego czasu póki jeszcze organizacja WaypointRace nie przybierze na sile.

poniedziałek, 30 marca 2009

Rzymskie wakacje

Zapraszam do zerknięcia na zestaw najlepszych zdjęć z wyjazdu rzymsko-wiedeńskiego: GALERIA



Marzec to doskonała pora na odwiedziny Rzymu, jest całkiem ciepło (ok. 20 stopni), a tłumów ludzi jeszcze nie ma. Za to Polaków jest mnóstwo, można powiedzieć, że po włoskim i angielskim najczęściej słyszanym językiem jest właśnie Polski.

Porównując Wiedeń do Rzymu to mamy dużo chłodniejszą temperaturę i wyższe ceny :) Zdecydowanie Wiedeń w marcu, a szczególnie takim marcu jaki mieliśmy w tym roku to nie jest dobry pomysł.

Polecam za to podróżowanie pociągiem. Sprawdzony przez nas sposób to kuszetka na trasie Rzym - Wiedeń (tutaj jednak trochę tłoczno) i kuszetka z Wiednia do Warszawy (można się zamknąć z Wiedniu w przedziale i w w Polsce wysiąść wypoczętym - świetna sprawa.

Przy okazji napiszę, że polecam obserwowanie mojego profilu na EveryTrail. Z racji posiadanego GPSa zawsze tam najłatwiej będzie najpierw wprowadzić ostatnie wyprawy, których czasu na blog nie chce mi się wrzucać.

niedziela, 29 marca 2009

Track Cycling World Championship - Pruszkow 2009



Zapraszam do obejrzenia migawek z ostatniego dnia pierwszych mistrzostw świata, które odbyły się w Pruszkowie - GALERIA.

Jeśli znajdę czas to napiszę refleksję po tygodniowym siedzeniu na Eurosporcie i niedzielnym na trybunach.

piątek, 6 marca 2009

Projekt 'Piastów w OpenStreetMap'


Cytując Wikipedię:

OpenStreetMap (OSM) - społecznościowy projekt internetowy mający na celu stworzenie swobodnie dostępnej, edytowanej przez użytkowników mapy całej kuli ziemskiej. Powstaje od roku 2004.

Mapy powstają głównie przy użyciu danych zebranych z przenośnych odbiorników GPS i innych źródeł danych geograficznych o wystarczająco swobodnej licencji. Dane i stworzone na ich podstawie mapy publikowane są na licencji Creative Commons Share Alike 2.0 (CC-BY-SA).

Pytanie: po co tworzyć coś nowego od zera jak jest Google Maps, a w Polce np. zumi, czy choćby serwisy oferujące mapy oparte na Automapie czy Mapamap.
Odpowiedź jest prosta, a przynajmniej ja sobie ją tak formułuję. Otóż otwarta mapa ma wszystkie zalety otwartych rozwiązań, takich jak np Wikipedia. Możę być tworzona i poprawiana przez miliony użytkowników, ale to też znaczy że może być umyślnie psuta przez użytkowników.

Ponadto OSM ma za zadanie stworzenie mapy uniwersalnej zawierającej możliwie jak najwięcej informacji. Dopiero wybrana zawartość jest wyświetlana na odpowiednich "warstwach renderujących". I tak można sobie wyobrazić, że będzie na przykład warstwa turystyczna nastawiona głównie na informacje dla wędrujących oraz na usługi noclegowo-gastronomiczne. Inny przykład to mapa kolejowa, która zawiera linie kolejowe, dworce, a sieć dróg jest w niej odzwierciedlona w mniejszym stopniu.

Jak to wygląda teraz można obejrzeć na stronie http://openstreetmap.org/ po prawej stronie pod ikonką "z plusem" można obejrzeć bardzo przykładowe warstwy.

OSM jest używana jako standard w linuxowym odpowiedniku Google Earth - Marble. Dodatkowo nie ma problemu z prawami autorskimi jeśli chcemy ją wykorzystać na potrzeby np. nawigacji - pod tym względem bardzo dobre wsparcie do OSM daje TrackMyJourney (midlet Java obsługujący GPS w telefonie komórkowym - o programie napiszę dużo więcej w jednym z następnych postów).

Na świecie - głównie w Europie Zachodniej zawartość map jest dosyć dobra, oczywiście daleko jej do Google Maps, ale cały czas jest postęp. Istnieje duża dysproporcja pomiędzy państwami, ale też i regionami. Na przykład świetnie odzwierciedlona jest cała Holandia, ale już Belgia ma głównie większe drogi i miasta.

Jeśli chodzi o Polskę to jest kiepsko. Centrum Warszawy jest jeszcze w miarę dobrze naniesione, ale większość kraju to tylko drogi krajowe. Są "wyspy", gdzie jakość mapy jest bardzo dobra, widać ogrom pracy włożony w dobrowadzenie jej do używalności. Może być to po części spowodowane konkurenscją OSM w Poslce z innym otwartym projektem - UMP (http://ump.waw.pl/) jest to darmowa mapa do odbiorników GPS Garmin. Zawiera ona dużo więcej treści, ale jej użyteczność jest ograniczona.

Istnieje projekt przerzucania zawartość UMP do OSM. Tak się też stało jeśli chodzi o Piastów. Ja zastałem mapę Piastowa w OSM identyczną jak UMP. Postanowiłem więc poprawić ją i "zaopiekować" się Piastowem.

Porównując OSM z UMP można zobaczyć co do tej pory zrobiłem. A w skrócie:
  • narysowałem wszystkie ulice w Piastowie i podałem ich prawidłowe nazwy
  • dodałem drugą linię kolejową na odcinku Warszawa Włochy - Grodzisk Mazowiecki
  • poprawiłem standardy dróg wg ob owiązujących zasad
  • dodałem punkty użyteczności publicznej takie jak szkoły, urząd miasta itd.
  • zacząłem nanosić obszary takie jak pola uprawne, parki
  • naniosłem kilka nieformalnych dróg - ścieżek
  • naniosłem przystanki autobusowe i sygnalizację świetlną
  • poprawiłem przebieg Żbikówki
Nie wszystko jest widoczne - zależy to od powiększenia, jak i używanej warstwy.


Oczywiście projekt nie jest jeszcze ukończony, co jakiś czas, gdy wybieram się biegać uruchamiam GPS i zbieram dane... Planuję później coś zrobić z Ursusem, bo praktycznie nie istnieje, no i poprawiać Pruszków.

Świetnie byłoby, gdy powstała grupa osób, która w wolnych chwilach nanosi poprawki w naszych okolicach. Praca nie jest pracochłonna ani trudna. Ja nawet nie siedzę kilku godzin nad mapą, czasem spojrzę, że coś jest nie tak i poprawiam.

Ja do edycji mapy używam programu Merkaartor, który jest niestey jeszcze w bardzo testowej. Do umożliwienia edycji należy się jeszcze zarejestrować na stronie projektu.

Mam nadzieję, że wkrótce na wielu strona korzystających z Google Maps jako kolejna wartwa będzie widoczny OSM, tak jak na przykład opisuje to jeden z poradników na na Poznaj Google Maps API.

niedziela, 1 marca 2009

ZRPP: poprawka marcowa

Od dzisiaj obowiązuje "nowy" rozkład SKM. Tak na prawdę poprawka polega na dodaniu po jednym pociągu w dwie strony o porach mało interesujących większość pasażerów (rano z Warszawy, popołudniu z Warszawy). Ponadto nastąpiło sporo kilkuminutowych przesunięć odjazdów.

Mój Zintegrowany Rozkład Pociągów Podmiejskich te zmiany już zawiera. Zapraszam do korzystania:
Wersja HTML
Wersja PDF

sobota, 21 lutego 2009

ZRPP: Poprawka

Tylko mała poprawka w rozkładzie SKM. Już od 19.01.09 pociąg SKM z Warszawy Śródmieście odjeżdżająca o 15.24 wyrusza o 15.40. Ja dopiero teraz te fakt uwzględniam w moim Zintegrowanym Rozkładzie Pociągów Podmiejskich.

W korekcie rozkładu z 1 marca nie powinno być zmian na naszej linii.
EDIT: A jednak, jadąc wczoraj SKM zobaczyłem informację o zmianie rozkładu. Nigdzie jeszcze nie ma wykazu zmian, ale to się powinno zmienić na dniach. Natomiast na pewno nie ma zmian ze strony KM.


Wersja HTML
Wersja PDF

poniedziałek, 26 stycznia 2009

English learning podcasts

I've recently bought a new mobile. Now, I can listen to the music, radio etc. during my road from home to work and back. But I decided to make me lost time more useful for me. Learning English while walking, travelling by train or tram is good idea for me because I always haven't time for things like this.

Below I'll list some English podcasts which can be useful for English learners. Contrary to appearances finding a good podcast isn't an easy thing.

1. Englishpod - a very good web site with new lessons coming three times a week. You find there podcasts for beginners, intermediate and advanced learners. Englishpod.com started nearly three months ago and there over 30 lessons and the founders want to build community of learners. All podcasts are for free, you must pay only for lessons transcripts and posting comments. But till 31 January 2009 all register users have premium access.

2. BBC Learning English - Portal with a lot of different lessons. I recommend:
  • 6 minute English - each podcast is a radio report conducted in the form of conversation of two reporters
  • Grammar chalenge - short podcasts where learners must cope with English grammar, each episode has a new character from non-English spoken country.
  • Talk about English - series of podcasts about English :)
On BBC Learnig English you also find a lot of other useful materials but I wrote only about podcasts

3. BusinessEnglishPod - according to the page: Business English Pod provides free weekly MP3 podcast ESL lessons and audio / e-Book courses for intermediate and advanced business English learners. Each business English podcast lesson is focused on a particular workplace English skill (meetings, presentations, telephoning, negotiating, socializing, travel, conversation etc.) and language function (clarifying, disagreeing, questioning, expressing opinions, persuasion etc.).
Podcasts are for free but additional materials are only for the premium users.

4.
LearnEnglish - English podcasts from the best source - British Council. A huge collection of podcats starting from elementary lessons and ending on scientific reports. All materials are for free.

Podcasts which I haven't tested yet:

If you know other useful English podcasts please post a comment.

Sorry for any mistakes ;)

środa, 14 stycznia 2009

ZRPP - update rozkładu KM i drobne poprawki

Dziwnie szybko w tym roku pojawiły się pierwsze korekty w nowym rozkładzie pociągów. Od 12.01.2009 Koleje Mazowieckie wprowadziły szereg zmian, głównie w pociągach dojeżdżających do Warszawy. Są to przede wszystkim wydłużenia relacji i wprowadzenie kilku nowych połączeń. Ale są też poprawki mniej pozytywne.

Z punktu widzenia pasażera dojeżdżającego na trasie Pruszków - Warszawa najważniejsze zmiany wyglądają następująco:
- przybyła jedna para pociągów z Warszawy po godzinie 7, do Warszawy po godzinie 8 (Piastów 8.34)
- kilka pociągów nie będzie kursować w wakacje, dotyczy to przede wszystkim dwóch połączeń do i z Warszawy w południowym pozaszczycie powodując godzinne przerwy w kursowaniu pociągów KM w tym okresie.

Poniżej podaje link do zaktualizowanej wersji mojego Zintegrowanego Rozkładu Pociągów Pasażerskich, który mając format karty kredytowej daje możliwość bycia zawsze zorientowanym w połączeniach. Dodatkowo wprowadziłem kilka poprawek i zlikwidowałem błędy występujące w poprzedniej wersji ZRPP.

Następna korekta rozkładu powinna mieć miejsce 1 lutego.

Wersja HTML
Wersja PDF

poniedziałek, 15 grudnia 2008

O eksploracjach


Słownik języka polskiego słowo eksplorować tłumaczy jednoznacznie jako badać, poznawać, poszukiwać. Prawdziwy badacz stara się nieingerować w badany obiekt i pozostawić go w stanie niezmienionym.

Eksploracjami w naszym wykonaniu nazywamy zwiedzenie opuszczonych budynków, fabryk i obiektów militarnych. Oczywiście z zachowaniem środków bezpieczeństwa.Co jest takiego pociągającego w chodzeniu po nierzadko cuchnących pomieszczeniach, pełnych śmieci i czasem niebezpiecznych mieszkańców?

Kiedyś się nad tym zastanawiałem i stwierdziłem, że nie jestem od tego uzależniony ani specjalnie sam nigdy nie udaję się w eksploracje. Nasze wyprawy "badawcze" traktuję jako formę spędzania wolnego czasu ze znajomymi, ponadto zaspokajają one mój głód adrenaliny. Myślę, że prawie każdy ma pragnienie uczestniczenia w czymś wyjątkowym i elitarnym, bycia oryginalnym. Eksploracje mi to zapewniają.

Kilka ostatnich akcji upewniło mnie w przekonaniu, że tylko harmonijna wizyta na "obiekcie" jest prawdziwą eksploracją. Należy zostawić nawiedzone miejsce w takim stanie w jakim je się zastało. Jeśli interesujący budynek jest niedostępny nie należy niszczyć jego zabezpieczeń, bo staniemy się zwykłymi włamywaczami. Te zasady stają się dla mnie fundamentalne, tym bardziej jestem do nich przekonany, że kilka dni temu miałem wątpliwą przyjemność uczestniczenia w eksploracji niespełniającej w żaden sposób powyższych norm.

Na marginesie posta odniosę się do sytuacji jaka ma miejsce na Opencaching.pl.
Otóż w obliczu pojawiającej się coraz większej ilości skrzynek, których zdobycie jest niebezpieczne lub znajdują się na obiektach prywatnych następuje gwałtowna likwidacji takich punktów. Zmieniony regulamin powołuję specjalną instytucję - radę, która ma dokonywać weryfikacji skrzynek. Jak ta sytuacja ma się do WPG?
Moim zdaniem waypointy tudzież skrzynki powinny się znajdować w miejscach do których dostęp jest nieutrudniony przez czyhające niebezpieczeństwa. To nie przeczy natomiast idei oznaczania ciekawych miejsc i obiektów gotowych do eksploracji, jednak waypoint nie powinien wymuszać wkraczania do takich miejsc. Wystarczy umieścić vlepkę w bezpośrednim sąsiedztwie obiektu lub nawet przy wejściu, a w opisie waypointa umieścić stosowne wskazóki eksploracyjne dla zainteresowanych. Muszę przyznać, że wiele moich waypointów nie spełnia tych kryteriów. Odtąd jednak będę się starał do nich stosować, oczywiście z zachowaniem rozsądku, więc na pewno nie będzie to oznaczać końca ciekawych waypointów w moim wykonaniu.